Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 235 217 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Świat według kuzynki. Czyli o tym, co w polskiej trawie piszczy. Oraz o wychodzeniu z zaściankowości. Jakże trudnym psze Gości...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1088488
Wpisy
  • liczba: 227
  • komentarze: 9797
Bloog istnieje od: 1707 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl

Złoty róg czyli o tym, że dobrymi radami piekło jest wybrukowane, a o rozpaczy dnie nie...

wtorek, 21 marca 2017 15:05

   "My możemy być w kłopocie ale na rozpaczy dnie, jeszcze nie, długo nie". Ja byłam w kłopocie gdy autor tych słów zrobił mi długi wykład na temat tego, czym powinnam się zajmować jako dziennikarka... A miało to miejsce przed laty, gdy zadzwoniłam do niego, dając mu szansę odgryzienia się Jerzemu Urbanowi. Urban bowiem napisał w swoim "Alfabecie Urbana" niezbyt ładne o Młynarskim zdania... Nie będę ich tu przytaczać z oczywistego powodu. Nie pogniewałam się jednak na Wojciecha Młynarskiego, kładąc te niezbyt miłe rady na karb jego choroby... Trafiłam po prostu w niedobrym momencie. A ponadto oraz oczywiście nie skorzystałam z rad, jakich Pan Wojciech był uprzejmy mi udzielić... Pewnie dlatego, że nikt jeszcze z cudzych rad nie skorzystał!!! Nie tylko w tym zawodzie;-)... A zadzwoniłam do niego, albowiem uważałam, że Jerzy Urban nie miał racji, pisząc niesympatycznie o twórczości Młynarskiego... W tych smutnych dniach wrzucam malutką łyżeczkę dziegciu do miodu. Aby obraz znakomitego poety nie był przesłodzony, ani tym bardziej zbrązowiony...

   Znacznie milej potraktowała mnie za to Adrianna Godlewska, pierwsza żona Wojciecha Młynarskiego, (i matka jego dzieci), gdy gościłam w ich domu na Górnym Mokotowie, przygotowując sylwetkę, nieżyjącego już dzisiaj polityka, brata Pani Adrianny, Marcina Przybyłowicza...   

   Dzisiaj (to dzisiaj oczywiście jest umowne)  ze smutkiem przyjmuję wiadomość o śmierci mego doradcy, absolutnie przekonana, że nie był On żadnym dobrym tekściarzem, a był znakomitym poetą. Kto się jeszcze o tym nie przekonał, znając jedynie niektóre piosenki Wojciecha Młynarskiego, a zwłaszcza te śpiewane przez niego, niech może sięgnie po ostatnio wydane "Od oddechu do oddechu"... Śpij spokojnie P. Wojciechu...  

   My możemy być w kłopocie ale na rozpaczy dnie jeszcze nie, długo nie...

   A i owszem, kłopot mam, bo jestem donna nieco tu osamotnionna... Ale, że mój drogi Hipolicie, znam życie wyśmienicie, ergo wiem, że taka kolej rzeczy jest... Albo bywa, jak recydywa. Jak w starym małżeństwie, gdzie najpierw jest zachłyśnięcie, a na końcu zobojętnienie, znaczy przyzwyczajenie. Oczywiście w przeciętnym małżeństwie, bo nie w takim, gdzie prawdziwa miłość jest, o żeż... Ale to, jak pisał (a ja mu wierzę) Albert Camus, zdarza się dwa, może trzy razy na stulecie...

   Jakie to nasze, polskie... Ileż razy czytywałam w biografiach, że całe życie się przyjaźnili, a poróżniło ich, Panowie, i Panie, jakieś jedno głupie zdanie...   

   Zaglądam na blog Toma, nieczynne. Zaglądam na blog Barnaby, czynne ale ruchu na nim jeszcze mniej niż w magazynie, gdzie leniwie życie płynie... Nikt nie komentuje!  I tak blogi umierają wisząc... O żeż... Jak to brzmi, hi, hi... W domu powieszonego nie mówi się o sznurze... Ergo nie będę tu Stanisława Wyspiańskiego cytowała, o tym gościu, co miał róg, i to złoty, a został mu się, je-no, no nie będę,  i już...

   A tu bęc...

   Blogi umierają wisząc, a chamstwo rozkwita w najlepsze. I choć zetknęłam się z nim niedawno oko w oko, i to niejedno oko, wątku nie pociągnę, bo nie pora i miejsce... W tym memuarze...

   Pierwszy raz piszę od razu na blogu, pierwszy raz w życiu piszę, nie mając tytułu. Bo zawsze go mam najpierw... Krótko mówiąc zawsze zaczynam od tytułu... Tytułem tematu tekstu każdego, Koleżanko i Kolego...

   A tu bęc...

   Czyli jednak można byle z ostrożna. Inaczej, od końca prawie;-)... Bo co napiszę kilka zdań, to kopiuję, by nie posłać słów, daleko, ufff, bo w kosmos...

   Nauczyłam się tu wiele i jeszcze większego nabrałam dystansu do wszystkiego... I dalej będę szła tą drogą, bo jeszcze, che, che, nie jestem na rozpaczy dnie, nie, jeszcze długo nie...

   Czego i Państwu życzę...


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Kwiaty polskie czyli o tym, że mleko bywa czasem czarne oraz o nieznośnej lekkości bytu...

niedziela, 26 lutego 2017 11:07

Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
Wiązane były wzwyż i stromo.
W barwach podobne do ołtarza,
Kształt serca miały lub wachlarza
Albo palety. Z niej to, kwietnej,
Kolory brał bohomaz świetny,
Rafael Rawy i Studzianny,
Kiedy ku czci Najświętszej Panny
Malował uczuć swoich kwiaty
W tonacji bladej, choć pstrokatej.

   Tu miał być tekst, poświęcony nie poezji (tej mamy relatywnie sporo w magazynie, gdzie leniwie życie płynie) - a cwaniactwu. Ale chyba go nie będzie... Przynajmniej na razie... Chwilowa przerwa w dostawie prądu... Powód ważny szalenie. Ale - i wbrew pozorom - to nie wypalenie... Powiedzmy, Gantenbein;-)...

   Dbajcie o siebie i o innych... I czytajcie, czytajcie, czytajcie... Z książek płynie odwaga, książka w życiu pomaga. A wspaniałych powieści wychodzi w dzisiejszych absurdalnych i prostackich czasach, naprawdę tak dużo, jak chyba nigdy wcześniej. Jakby na przekór temu, co się na świecie dzieje (bo świat głupieje)... Wprawdzie trzeba je wyławiać z tony produktów książkopodobnych - ale od czego czytelnicze wyrobienie znaczy czytelniczy gust. I już... Oraz inteligencja...


Podziel się

komentarze (43) | dodaj komentarz

Sztuka szczytowania czyli o tym, że to elity pchają świat do przodu i o rąbku prywatności

wtorek, 31 stycznia 2017 15:19

   Bo ludzie są jak gospody, w których się można roztrwonić, za postój krótko przydrożny dać szczerość, co złotem dzwoni... Jakie to mądre słowa... I chyba był taki czas, kurza twarz, że kuzynka się trochę roztrwoniła... Cdn...  Albo nie, bez che, che... Albo nie... Miałam poszukać wycinka mojego tekstu o Michalinie Wisłockiej... I napisać na jego motywach kolejny felieton w magazynie. Nie wstyd się przyznać, że to właśnie ja, kuzynka, kiedyś MUK-iem zwana (czyli Moją Ulubioną Kuzynką) bodaj pierwsza w Najjaśniejszej uchyliłam rąbka prywatności (rąbka, bo niektóre sprawy zachowałam dla siebie) Michaliny Wisłockiej.

   A tu bęc...

   Bo nie mam teraz czasu (ochoty też) szukać tego tekstu w ogromnym archiwum, powróciwszy w dawne klimaty życia towarzyskiego i uczuciowego, (no może bardziej uczuciowego jednak), ergo wyciągam z mojego słownika wyraz - przepraszam. Słowo dawno nie używane, bo przepraszać nie miałam za co. Natomiast mam zdecydowany deficyt tych słów... Nie słyszę ich, choć powinnam. Ale nie będę się skarżyć na swój ciężki los człowieka, przez życie wirtualne kopanego...

   Wracając do Michaliny Wisłockiej. Doskonale pamiętam moją wizytę w jej niedużym mieszkaniu na parterze domu nieopodal pomnika Jana Kilińskiego... I pamiętam, jak zapytałam ją po godzinie rozmowy, czy ma może zamiar poczęstować mnie kawą albo herbatą, czy tego nie planuje - bo ja na dzień dobry hydraulikowi to proponuję... Pani Michalina żwawo rzuciła się po herbatę, przepraszając, że tak długo pozwoliła mi się zasuszać;-)... Tytułem rekompensaty dorzuciła kawałek ciasta. Wydobyłam też z niej  - metodą odkrywkową - powód, dla którego nosi chustkę, nie rozstając się z nią ani na chwilę... Wybaczcie kuzynce, że nie będzie kontynuować tematu sztuki szczytowania, może jeszcze kiedyś do niego powrócę... Nie chce mi się w czasach kolejnego Greya wchodzącego do kina ze swoimi sprawami ciemnymi - wpadać do sypialni w magazynie, gdzie leniwie życie płynie. Ale nawet ten łóżkowy temat jest wodą na mój młyn, że to elity pchają świat do przodu, ten świat, który niedawno stanął na głowie... Elity pchają świat do przodu. Nawet w ars amandi... Ale jak go dalej pchać, skoro stanął na głowie?

    I na razie nic, ale to nic, nie wskazuje na to, że nogi wrócą na swoją pozycję... Sorry, za słowo pozycja;-)... A nie opozycja;-(. Aby na to i na opozycję nie patrzeć zatapiam się w innym świecie, m.in. w epoce Bruno Schulza i kobiet z jego kręgu oraz w "Zimowym królestwie" Philipa Larkina... Proza tego poety ukazała się w Najjaśniejszej po 70 latach od swego brytyjskiego wydania. Czyli szybko;-). A to dzięki znakomitemu tłumaczeniu Jacka Dehnela, przed którego wiedzą i talentem chylę czoła... Jacek Dehnel jest nie tylko świetnym pisarzem i zapalonym kolekcjonerem starych zdjęć i pamiątek ale i znakomitym tłumaczem i poezji i prozy. Wiersze Philipa Larkina w jego przekładzie wydano u nas w 2008 r. Pisarzy (w danej chwili mam na myśli panów) mamy w Najjaśniejszej świetnych... A ten, kto kiedyś wieszczył koniec wielkiej narracji niech się pali ze wstydu. No chyba, że uczynił to już dawno... 

   A wracając do książki "Kobiety i Schulz" - Anna Kaszuba-Dębska dała drugie życie kilkunastu niezwykłym kobietom, m.in. Deborze Vogel, Racheli Auerbach i Racheli Korn, Kazimierze Rychterównie, Eggy van Haardt, Jeanette Suchestow i wielu innym... Te dziewczyny z kręgu Bruno Schulza odcisnęły piętno na życiu intelektualnym tamtych czasów.  

   A te czasy odciskają swe piętno na nas...

   Nocny, ja Cię proszę, nie dajmy się im wypalić!!!


Podziel się

komentarze (52) | dodaj komentarz

Kultura na pół gwizdka czyli o tym, że dinozaury nie wyginęły, a wiek bywa względny...

wtorek, 27 grudnia 2016 15:07

  

   Kuzynka to jednak jest dinozaur. Człowiek z innej epoki, choć postępowy. Taki dziw natury - postępowy dinozaur. Ale drepczmy od początku, wątek po wątku... Najpierw napiszę o tym, jak idę z postępem... Bo trzeba z żywymi naprzód iść po życie sięgać nowe.

   Może sięgać nie tyle po życie nowe, co po gadżety, niestety..? Ergo najpierw będzie o postępie, później o tym, jaki ze mnie jednak dinozaur. Inaczej mówiąc człowiek starej daty, który ceni sobie, Panowie i Panie, dobre wychowanie...

   Stałam sobie grzecznie przed świętami w kolejce w pewnym dyskoncie, w opcji - do kasy do dziesięciu towarów w koszyku. Widziałam, kuzynka jak się patrzy, że bacznie przyglądał mi się jakiś mocno młody człowiek, na oko ze 12-13 lat. W moim krótkim życiu bywało, że skupiałam na sobie, jak soczewka, wzrok facetów sporo starszych ode mnie, a nawet w wieku mego padre. Oraz jeszcze starszych!

   A tu bęc.

   Ale żeby aż tak?

Sporo młodsi mężczyźni mnie jakoś wcześniej nigdy nie fascynowali i tak mi zostało, a ostatni narzeczony musiał nawet mocno ściemniać z wiekiem, aby zaistnieć...

   Młody patrzył na mnie bacznie, ja na niego... I coś mi się zdawało, że już kiedyś wdałam się z nim w jakąś pogawędkę dokładnie w tym samym miejscu. I pamiętałam, że chłopczyka było sporo i mocno był rezolutny - a ja kocham pasjami rezolutne dzieci... - Co mi się Pan tak przygląda? - zapytałam śmiało... - Patrzę z podziwem, że ogarnia Pani telefon dotykowy – odpowiedział. - Bo starsi ludzie nie ogarniają i mają telefony z klawiaturą.

   Nie jestem niewolnikiem telefonu ale akurat zadzwonił chwilę wcześniej ergo odebrałam i przeprosiłam, że nie mogę teraz rozmawiać...

   O żeż. Ale komplement mi młody podrzucił – pomyślałam, to już ze mnie taka starsza? W autobusach czerwonych co przez ulice mego miasta mkną jeszcze mi miejsca nie ustępują...

   A tu bęc...

   No ale jak sama byłam w jego wieku, to ludzie 30-40-letni wydawali mi się staruszkami – zaczęłam się pocieszać... Ale jak zaczęłam, tak skończyłam. Pewnie trzydziestolatków nie miał jednak na myśli w danej chwili. No cóż, przyjdzie mi z tym żyć... I być - starszą, która ogarnia;-)... Ale, ale – ja pamiętałam, że już z nim rozmawiałam, a on nie... Zatem kto ha, ha, lepszą pamięć ma?

   Innego dnia, wracając z zakupów – bo taki był sezon - stanęłam aby chwilę odpocząć (starsze, które ogarniają też czasami, bardzo czasami odpoczywają)... Postawiłam torbę pełną zakupów na tzw. bunkrze... I oddychałam pełną piersią, a nawet dwoma, bo powietrze w stolicy wreszcie ponoć bez zanieczyszczeń... Prawie... Stałam i oddychałam. I patrzyłam... Kuzynka jak się patrzy. Szedł sąsiad... Najbliższy - bo ten zza ściany. Młodszy ode mnie. Powiedział „Dzień dobry”... Odpowiedziałam... I pomyślałam, że będąc na miejscu sąsiada, (na swoim też, o żeż) zaproponowałabym wniesienie torby na górę... Książę też by to uczynił...

   A tu bęc...

Inne ściany, inne głosy;-)...

   Poszłam za nim... Wszedł do klatki i... I przytrzymał mi drzwi... - Jaki półkulturalny – pomyślałam, bo ja będąc na jego miejscu, przepuściłabym przodem osobę z zakupami, nawet bez względu na wiek i płeć... Czynię tak zawsze, nawet wobec osób zupełnie mi obcych, nie sąsiadów... A tu – i starsza jestem od sąsiada zza ściany i płci innej, tej, którą się w drzwiach zawsze przepuszczało...

   A tu bęc...

Rodzina zza ściany troje dzieci ma, dwie córki i synka...

   Takie, Panowie i Panie, będą Rzeczypospolite, jakie jej młodzieży chowanie... E tam, będą, one już takie są...

   Półkulturalne...

   Albo i gorzej...


Podziel się

komentarze (78) | dodaj komentarz

Różowy beret czyli o tym, jak trudno pokochać suwerena oraz o zmianach w polu widzenia...

sobota, 12 listopada 2016 16:59

   Jak to się człowiek zmienia. Chcę pokochać suwerena. Serce, mówię Wam, pełne miłości mam...

   A tu bęc...

   Wychodzę z domu, pełna miłości do ludzkości. W jasnoróżowym bereciku. Tu też mamy efekt zmiany. Mojej prywatnej zmiany. Trend mamy na świecie na zmiany. Dlaczego mam gorsza być? I robić za constans? Zresztą, moi mili Państwo, przecie jest jedna tylko stała rzecz na świecie - zmiana!

   Oto przed rokiem, albo i dziesięcioma laty - róż był mi mentalnie obcy. Ten kolor nie był brany pod uwagę w moich stylizacjach... Nacisk na słowo moich, albowiem sama zawsze się stylizuję, a i prekursorem mody, jak już Państwo wiecie, bywam. I jest to recydywa! Róż nie był w moim typie, tak jak nie był w nim mężczyzna bez polotu i w krótkich spodenkach, czyli krótko mówiąc omijałam ten kolor szerokim łukiem. I nie tylko kolor!

   A tu bęc...

   Przed dwoma miesiącami nabyłam drogą kupna w Reserved różową kurtkę. Ale nie w odcieniu fuksji, a tzw. różu przypudrowanego... Kurtka była ładna, z kieszeniami. Nie zdążyłam jednak kurtki założyć, kurza twarz, pierwszy raz, gdy odwiedziło mnie jedno z moich dzieci ulubionych, a nawet ukochanych i kurtka zmieniła właściciela... A ja tak mam, że dziecku wszystko dam... No i do rzeczy się nie przywiązuję. Dla dziecka kurtka była trochę luźna, ale to przecież nic, bo ono, biorąc ciuch od mamusi, zapinać się nie musi;-)... Zwłaszcza na ostatni guzik;-)...

   Kolorystycznie prektursorem bywam też też, o żeż... Ale nie tylko kolorystycznie. Płaszcz z wielkimi klapami kołnierza, od trzech lat co najmniej mam. Teraz modny szalenie... Pierwsza Dama ha, też taki, widziałam, ma...

   A tu bęc... Modę na razie zostawimy, choć do niej wrócimy.

   Wychodzę z domu swego. Na schodach zaschnięte krople krwi. Ktoś dostał w nos? Ale na mojej klatce 42 rozbojników nie ma. Ani nawet jednego.

   A tu bęc...

   Suweren nabrudził i nie sprzątnął po sobie! To u nas ciągle w modzie? Ale idę dalej. Slalomem krople krwi zaschnięte omijam. Przed budynkiem, na podwórku, na trawnikach walają się śmieci. Torebki, co ach, rozkładają się tysiąc lat i zwykły papier po produktach spożywczych. Suweren je zjadł, nie zadając sobie fatygi aby opakowania zanieść do śmietnika. Wczoraj było święto – jeśli miłość do Ojczyzny, którą kochać trzeba i sanować, takie ma oblicze, to o czym tu mówić? Jak można tak zamieniać Ojczyznę w śmietnik jednocześnie skandując: "Bóg Honor Ojczyzna"?

   W minionym tygodniu obejrzałam program o tym, jak rodacy jacy tacy  wyłudzają pieniądze z firm ubezpieczeniowych. Płacą za to - podnoszonymi składkami - pozostali właściciele aut... Tysiące wyłudzeń na co najmniej półtora miliarda zł rocznie. Nie mówiąc już o tym, że jakieś 100 tys. aut jeździ po Ojczyźnie naszej, którą kochać trzeba i sanować, bez ubezpieczenia OC... A w przypadku wypadku za szkody przez nie spowodowane płaci fundusz, czyli też ci, co składki opłacają. Inni VAT wyłudzają, ostatnio słyszę, że circa na sumę 40 mld złotych, czyli tyle, ile potrzeba na program 500+... I już...

  Ostatnio media obiegła sprawa z Lidla. Nie będę się o niej rozpisywała, zacytuję...

"Promocja "Sprytnie i tanio" miała w założeniu reklamować marki własne sieci. (...) Sieć zainwestowała we wrześniu w potężną kampanię - również w telewizji, która miała pokazać, że towary robione na jej zamówienie nie ustępują tym markowym. (...) Sieć chciała zakomunikować w ten sposób swoim klientom, jesteśmy tak przekonani o jakości naszego towaru, że pozwalamy wam go przetestować za darmo. Ale na pewno nie będziecie chcieli go oddać do sklepu, bo uznacie że jest świetny."...

I uznali...

"1. Ludzie przychodzili do sklepu, brali np. opakowanie ciastek, zjadali je, a następnie z pustym opakowaniem żądali zwrotu pieniędzy jako niezadowoleni klienci.
2. Ludzie robili zakupy za kilkaset złotych, wypakowywali towary w domu, a następnego dnia przychodzili z pustymi opakowaniami.
3. W końcu pojawiły się zorganizowane grupy osób, które przychodziły np. z trzema wózkami wyładowanymi pustymi opakowaniami, dostawały pieniądze, a po chwili wracały z nową taką samą porcją odpadów. Prawdopodobnie w tym samym czasie druga współpracująca z nimi grupa robiła zakupy i przepakowywała je na parkingu.
To już nie były zakupy detaliczne, tylko hurtowe wyłudzenia." (za "GW").

   I jak tu kochać suwerena?

   Ale nadal próbuję... Poszłam do innego sklepu sieciowego, brytyjskiego. Wzięłam wózek nieduży, wrzuciłam do niego kilka artykułów. I udałam się do kasy. Czynne były dwie, ergo stanęłam do jednej z nich. W chwilę później otworzono trzecią kasę. Ponieważ jeszcze nie zdążyłam wyłożyć produktów na taśmę - postanowiłam, że przeniosę się do tej trzeciej. Niechcący trącając wózkiem trzy koszyki, włożone jeden w drugi, ale od razu schyliłam się aby je z powrotem, jak to mówią, spionizować. A tak na marginesie, wieść sklepowa niesie, że te koszyki powinny stać przy wejściu do marketu, a nie przy kasach... Ot, Panie, zaniedbanie...  

   A tu bęc...

   Spłynęła na mnie lawina życzliwości. Z ust korali jakiegoś jegomościa młodego i grubego... Nazwał mnie głupią... O żeż... No i wszedł na mój wiek, w dodatku mocno z nim przesadzając... Mądre i małoletnie pewnie pustych koszyków nie przewracają... Za to mięsem rzucają... Jakże często, niestety... Spojrzałam w nalaną twarz tego gościa, który... Nie uwierzycie! Domagał się kultury! Imaginujecie sobie. Kultury! Obrzucając mnie błotną lawiną słów, płodów umysłu swego, IQ nieprzesadnie wielkiego... Ani go potrąciłam, ani nawet nie dotknęłam, staliśmy w dwu różnych, w sumie krótkich, ogonkach. Nie miałam z tym osobnikiem żadnego związku przyczynowego. Ani żadnego innego... Najwyraźniej mu się nie spodobałam. Może różu nie lubi? Może jakaś różowa (i plastykowa) panienka dała mu kosza (kosza, a nie koszyk-)..?

   - Pan już tę kulturę okazał - powiedziałam. I już w jego stronę nie spojrzałam, choć stanął za mną...

   Pewnie nie lubi elit... Bo może jego zdaniem, ha, taka elita to różowy beret ma...

   Choć, cóż, różowych okularów nie ma już...


Podziel się

komentarze (113) | dodaj komentarz

Dwa bliźniaki czyli o tym, jak kupić kota w worku oraz o w tył cofaniu i chwastów zrywaniu

czwartek, 20 października 2016 14:22

   Nie, to nie będzie tekst o bliźniakach, choć zapewne ktoś może mieć, przeczytawszy tytuł, taką asocjację. Nawet polityczną;-). O polityce nie będę jednak dzisiaj pisała, bo brak mi słów... A o bliźniakach (dwóch);-) będzie trochę niżej, w całym szeregu;-) słów...

   A tu bęc...

   Jakże często spotykam się w sieci, czytając kometarze pod różnymi tekstami, z potwornymi błędami oraz z pleonazmami. Najczęściej  powtarzające się błędy, to oczywiście: na pewno, naprawdę, w ogóle (napewno, na prawdę, wogóle)... Ale i innych jest całe mnóstwo;-)... Język polski, trudna język, nie tylko dla cudzoziemców ale i dla Polaków, a, że książek oni (na szczęście nie wszyscy) nie czytają, to i skąd go znać mają? Tymczasem, o dziwo, rośnie liczba dyskontów i antywariatów w sieci. Kto i po co zatem te książki w nich kupuje? Ciekawa sprawa. Może dla dekoracji? Ja w każdym razie dzięki temu, mogłam nabyć drogą kupna sporo książek, które od dawna upominały się o miejscówkę w mojej bibliotece.

   A tu bęc.

   Wczoraj wchodzę na platformę handlową, nazwy nie wymienię bo i znacie Państwo i nie będę reklamować jej za darmo. Wchodzę - bo szukam jeszcze jednej książki i oczom swoim zielonym nie wierzę... Zdumiona jestem szczerze. Oto książki można kupić na kilogramy. I to jak tanio. Za 30 kilogramów książek (100 sztuk) trzeba zapłacić tylko 38 zł. Czyli tyle, co za jedną nową książkę (średnio). O żeż... To kupowanie kota w worku jest (i to niejednego, Koleżanko i Kolego), a nawet schorowanego - bo książki na wagę to nie tylko beletrystyka oraz w różnym są stanie.

   Ale, kuzynko, zawracaj z tej handlowej ścieżki, bo przecież w dniu dzisiejszym;-) zajmiesz się pleonazmami... Czyli języka twego ukochanego, chwastami.

   Mój (nie)ulubiony pleonazm (za to ulubiony przez urzedników w całym kraju, od gminy po rząd) to dzień dzisiejszy;-). W dniu dzisiejszym wiele się zdarzyć może... Jak na mnie, nawet za dużo, mój Boże... Gdy słyszę ten dzień dzisiejszy;-), to cierpnie mi skóra... Od lat. Niby człek mógł się już przyzwyczaić do tego dnia dzisiejszego, ale nic z tego... Alergia. Nie pokarmowa, a na słowa;-)... A może i pokarmowa, skoro karmią mnie słowa? Najlepiej. Choć i zwykłą karmą nie gardzę, bo jestem z tej opcji, o żeż, co żyje po to aby jeść...

   Nie wiem, jak Państwo ale ja nie wracam z powrotem;-). Ale wracam. Kuzynka jak bumerang. Całe mnóstwo;-) (o żeż, czy pół mnóstwa to też dużo, mnóstwo jest?) czasu poświęcam codziennie na czytanie. I dobrze mi z tym... I z tym mi dobrze. Niemniej jednak;-), gdy ktoś mnie odwiedzi, to, che, che, jak dziecko cieszę się. Podobnie jest gdy otrzymam prezent za darmo;-). A geneza powstania;-) tekstu tego, to zabawa jest też, słowem, tem i owem. Godzinę czasu;-) zajęła mi dzisiaj lektura prasy. O matko, godzina czasu, tak jakby była jeszcze jakaś inna godzina. Choć unikam polityki w magazynie, gdzie leniwie (a nawet za leniwie) życie płynie - to ostatnio opisałam fakt autentyczny;-), który zobaczyłam naocznie;-) pod UW. A później jeszcze, choć miałam dreszcze, dorzuciłam do faktu tego prawdziwego;-) komentarz okolicznościowy... 

   Użyłam kilka pleonazmów w kilku zdaniach dla zilustrowania, wyczerniłam je i dodałam ikonę z oka przymrużeniem. Resztę tego towarzystwa słownego wymienię po kolei: cofać się wstecz (albo do tyłu), tylko i wyłącznie, pełen komplet, trwać nadal, efekt końcowy, sam jeden, kontynuować dalej, wzajemna współpraca, spadać w dół, w miesiącu maju etc., dalsze konsekwencje, akwen wodny, pierwszy debiut, import z zagranicy, dosłowny cytat, poprawię się na lepsze, adres zamieszkania, plus dodatkowo, ostatnie metry finiszowe, pierwszy prototyp, całkowita racja, nałogowy alkoholik, dwa bliźniaki, kopia oryginału, przedostatni od końca, eksport za granicę. No i jeszcze: całkowita racja, cały szereg... Czy pół całego szeregu, o żeż, to jeszcze szereg jest;-)? A i czas, ten, co "zmiecie to, co chciał zmieść" ma wyjątkowy fart do pleonazmów - bo jest nie tylko godzina czasu, ale tydzień czasu, miesiąc czasu, rok czasu, okres czasu itd., itp.

   Te pleonazmy to takie chwasty, które, Koleżanko i Kolego, zaśmiecają język każdego. Każdego, kurza twarz, z nas. I Wasza kuzynka widzi, kuzynka, jak się patrzy, że choć większości z tych pleonazmów jednak nie używa, to pierwsza kamieniem rzucać nie będzie.

   I całego cytatu dosłownego;-) tu, taka była, też nie zamieściła!


Podziel się

komentarze (58) | dodaj komentarz

Genialne krokiety czyli o tym, że skundlenie trwa oraz o komercyjnym wciskaniu głupoty...

środa, 28 września 2016 11:08

   Jesień idzie przez park. Idzie z buta, złoto-czerwono-brązowa .. I co przyniesie ta jesień? Wiosna podrzuciła mi tragiczną wiadomość o wypadku Przyjaciela. Lato odchodziło wraz z Nim... O żeż... Jakie to nieprzewidywalne jest. Albo bywa... Życie czyli recydywa... Pożegnań... Ale - trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe. Ergo idę i ergo sięgam... Nieco już doświadczeniami zmienionna donna. A co to jest doświadczenie? Suma naszych błędów, jak określił to ktoś, niegłupi gość. Błędów popełniłam w swoim krótkim życiu całkiem sporo, ale, że to moje błędy, najmojsze, przywiązana jestem do nich i zamierzam je powtarzać. I to kurza twarz, nie raz... Oczywiście nie wszystkie, a tylko niektóre. Bo taka głupia to ja nie jestem. Aż taka głupia to nie... Albowiem pożegnanie z błędami oznaczałoby koniec kuzynki. Koniec jej świata idealnego, idealistycznego. Tego, rzecz jasna - wewnętrznego. Bo jaki świat na zewnątrz jest - każdy widzi. No może nie każdy, bo większość niewiele z tego świata rozumie, skoro nie wybiera przyszłości...

   Oto przed kilkoma tygodniami dostałam mejla z allegro, zachęcającego do nabywania książki "Chu***a pani domu" Magdaleny K. Ta pani, jak czytam w naTemat, jest dziennikarką, a nawet już pisarką. Dzisiaj tak mówią nawet o autorach pojedynczych książek. Pisarzy, uch, mamy jak psów. Pieski wybaczcie. Teraz tę panią zacytuję: „(...) istotne tu jest uwolnienie się od poczucia, że skoro jestem kobietą i nie potrafię gotować, to widocznie coś jest ze mną nie tak. – Bo może i w kuchni daję ciała, ale za to jestem perfekcyjną matką/narzeczoną/kobietą – mówi. Ponad 250 tys. internautów jest takiego samego zdania."

   W kuchni daję ciała, jakie to ha, znaczenie podwójne ma - seksualne też, o żeż.

   A tu bęc...

   Pani ma swój blog, nazwany tak jak książka, tyle, że bez kropek. Pewnie wydawnictwo tak zadecydowało bo książki z wulgaryzmem wydać nie chciało. W tytule. Oczywiście przemawia przeze mnie czysta jak łza, albo jak wódka, zazdrość o liczbę fanów. Czuję, że żartuję, albowiem powiem, że moja niszowość jest z wyboru, a kto ze mną jest od dawna, che, che, i nie porzuca mnie, ten wie, że pisać umiem i tak, że tłumy wchodzą do magazynu i tak depczą, że mało nie rozdepczą...

   Autorkę „Ch....ej pani domu” znakomicie podsumował ktoś o nicku Nzambi. A, że wygodna jestem z natury, ergo sama jej nie podsumuję, a Nzambiego zacytuję, oszczędzając czas i kręgosłup:

Stereotypy rządzą tą panią. To, co pisze, to co mówi, co robi - totalnie się rozbiega, ale ludzie o mniejszych zdolnościach poznawczych tego nie zauważą. Zwrócą uwagę na wulgaryzmy i to ich podekscytuje. Mam piękną żonę. Nie maluje się, bo nie musi. Nigdy się nie mazała niczym po twarzy. Do 40 niedaleko, a czasami pytają o dowód w sklepie. To jest coś. Niech mi żadna utapirowana i wymazana farbami kobieta, która potrzebuje co rano zrobić z siebie klauna - nie pitoli, że łamie jakieś stereotypy. Żona pracuje, sprząta, gotuje. Ja także pracuję, także sprzątam i gotuję. W zależności od tego ile każde z nas ma czasu po pracy robimy wszystko, żebyśmy wspólnie mogli odpocząć, wyskoczyć na basen, wieczorem poczytać, żeby razem zjeść dobrą kolację, jeżeli nie jesteśmy w stanie obiadu...

Nie zajmuje nam to całych dni. Nie dopisujemy do tego jakiejś plebejskiej filozofii. Nie robimy z niej sposobu na życie.

Ten śmieszny "materialistyczny pseudo bunt kontrolowany", to nic innego niż komercyjne wciskanie głupoty, przez kogoś, kogo dzięki głupszym od siebie - stać na ukraińską sprzątaczkę.

Nas stać nawet na angielską (nie żyjemy w Polsce), ale ruch to zdrowie. Nikt nie umrze po 20stu minutach machania mopem i 20stu odkurzania 2 razy w tygodniu. Nie okłamujmy się.”

   Tu dorzucę kilka zdań, które wyjaśnią tytuł tego tekstu mego. Oto na stronie „GW”, czytam, że jak mi zostanie kawałek kurczaka z obiadu (bo nie jestem ch....ą panią domu i gotuję – k) to mogę zrobić genialne krokiety. Zawsze, pierwsza naiwna, a i druga też, o żeż, myślałam, że genialny może być tylko człowiek, jak na ten przykład nasz mentor marnotrawny Leo.

   A tu bęc...

   Genialne krokiety... Genialne krokiety, niestety, upichcone przez ch....ą panią domu. Syndrom czasów? Może tak, a może i nie... Bo przecież na zaścianku są i perfekcyjne panie domu...

   O żeż... I tak to jest... Z jednej strony -?śmiech szalony, z drugiej strony -  gorzkie łzy. Z jednej strony – perfekcyjna, z drugiej strony - ch.... a pani domu. A złoty środek gdzie, che, che? Gdzie? Bo ja bym się w tym środku może zmieściła?

   A masy, jak i dawniej bywało, zarabiają na sprzątaczki takich ch.....ych pań domu. Czytając komentarz Nzambiego z przyjemnością stwierdziłam, że może zatem jeszcze nie pora umierać? Skoro są jeszcze na tym padole łez albo w tej dolinie róż i już, faceci z klasą i poczuciem humoru...

   Tylko szkoda, że żonaci i wyeksportowani...


Podziel się

komentarze (83) | dodaj komentarz

Pożegnanie z Przyjacielem czyli o tym, że słowa nie oddadzą żalu po stracie kogoś pięknego

czwartek, 25 sierpnia 2016 13:49

   „ - Przypatrz mu się pan... - rzekł doktór wskazując na zwłoki. - Ostatni to romantyk!... Jak oni się wynoszą... Jak oni się wynoszą...
Szarpał wąsy i odwrócił się do okna.
Ochocki ujął zimną już rękę Rzeckiego i pochylił się, jakby chcąc mu coś szepnąć do ucha. Nagle w bocznej kieszeni zmarłego spostrzegł wysunięty do połowy list Węgiełka i machinalnie przeczytał nakreślone wielkimi literami wyrazy:
Non omnis moriar... „

   Nie bez powodu zacytowałam ten fragment „Lalki” pióra pozytywisty, Bolesława Prusa, fragment przypomniany kiedyś przez Cryo. Oto dla mnie i dla moich Najbliższych przyszła wczoraj smutna chwila pożegnania romantyka. Przyszła smutna chwila pożegnania Człowieka Wyjątkowego – romantyka i pozytywisty zarazem - przyzwoitego, prawego i dobrego. Człowieka o wielkim sercu i o wielkim geście. O takich ludziach mówi się – piękny człowiek. Proszę Państwa – moja rodzina miała szczęście spotkać w życiu Marka, Człowieka Pięknego i Wyjątkowego.

   Poznałam Go przed laty, w pewnej redakcji. On był tam redaktorem technicznym, ja stawiałam pierwsze kroki w zawodzie. Polubiliśmy się, a nasza koleżeńska, sympatyczna relacja z pracy zamieniła się w przyjaźń. Później został Ojcem Chrzestnym mojego drugiego dziecka. Bardzo się cieszył, że nim zostaje. Ale nawet mając już swoje potomstwo, nie zapominał o tych dzieciach, które pokochał wcześniej. I jak mógł, zastępował im ojca. Teraz tracą go po raz drugi!

   Jeszcze później rozpoczął własną działalność gospodarczą, w spółce, z której był dumny, bo dawała pracę tak wielu ludziom i w kraju i zagranicą. I wtedy nie miał już czasu na rozwijanie swojej pasji - fotografowania. W czasach naszej redakcyjnej pracy robił naprawdę znakomite zdjęcia. Te, które mamy w rodzinnych albumach to już teraz podwójna pamiątka.

   Podobno duże pieniądze zmieniają ludzi. Jego nie zmieniły, bo pozostał sobą – człowiekiem skromnym. Przy tym niebywale eleganckim i szarmanckim. Był i taki pozostanie w naszej pamięci - człowiekiem z klasą. To już w dzisiejszych czasach – cymelia...

   Jego rodzina i przyjaciele dobrze wiedzą o tym, ile pracy wkładał w firmę, jak dbał o to, aby ludzie mieli miejsca pracy. Nie raz dzielił się ze mną swoimi kłopotami. Wie o nich każdy, kto prowadzi własny biznes w naszej Ojczyźnie, którą kochać trzeba i sanować. Ale nawet pracując ponad siły (i o drugiej w nocy zaglądając do fabryki, bo był to zakład pracy w ruchu ciągłym) – nie zapominał o potrzebujących, prowadząc szeroką działalność charytatywną. Organizował aukcje w klubie biznesu by dochód z nich przekazywać na potrzeby dzieci. - Trzeba się dzielić – mówił!

   Dzielił się też w nietypowy sposób. Zapytałam Go kiedyś, czy wie, że niektórzy pracownicy okradają zakład, bo doszły mnie takie wieści. - Wiem - odparł. - Ale czy myślisz, że jak zatrudnię kolejnych, to będzie inaczej?  

   Już nigdy nie zadzwoni i nie powie: - Nie odzywałem się bo miałem doła. A ja nie odpowiem Mu, że jak się ma doła, to się dzwoni do przyjaciół. Po to są.

   Już nigdy nie wpadnie i nie usiądzie przy stole w kuchni i nie poprosi o kawę, pół kubka, choć my będziemy Go już widzieć zawsze... W tym miejscu. Na tym krześle! I zapłaczemy jeszcze nie raz...

   Rodzimy się, umieramy, a życia wciąż wystarcza, pisała Maria Dąbrowska. Życia wystarcza, to prawda, bo po nas przyjdą inni, a po nich jeszcze inni, ale na razie ci, którzy Go znali i zostali - muszą żyć - bez Niego. I nic już nie będzie takie, jak dawniej. Mamy cierń w sercu, w duszy. Ten cierń uwierać już będzie zawsze. I to nieprawda, że czas goi rany. A już na pewno nie takie, jak utrata Kogoś tak wyjątkowego!

   Wszyscy idziemy w tę samą stronę ale On odszedł zdecydowanie za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie... To nie jest wiek na umieranie. Przecież tyle jeszcze miał do zrobienia. Dla Najbliższych i dla firmy. Strasznie trudno pogodzić się z tą stratą, z Jego odejściem! Czy, zresztą, można?

   - Przypatrz mu się pan... - rzekł doktór wskazując na zwłoki. - Ostatni to romantyk!... Jak oni się wynoszą... Jak oni się wynoszą... Non omnis moriar!”

   Żegnaj Piękny Człowieku, żegnaj Przyjacielu!


Podziel się

komentarze (100) | dodaj komentarz

Naga prawda czyli o nietolerancji pokarmowej oraz o niepotrzebnym drapaniu wieczności...

poniedziałek, 08 sierpnia 2016 17:59

   

  Pegaz się na mnie nie pogniewał (niechby spróbował;-)), a i w oploty scholastycznych wątpliwości się nie uwikłałam. Choć skłamałabym, gdybym napisała, że się czasami (bardzo czasami) nie uwikłuję... Ludzie empatyczni tak mają, że czasami wpadają... W szał uniesień NiePodkowińskiego, Koleżanko i Kolego! Albo w kompot marzeń i wyobrażeń...

   Zatem spokojnie, jak na wojnie, mogę usiąść i poloneza zacząć. Pisać jest o czym, choć nie o wszystkim warto... Ergo dzisiaj dwa tylko tematy poruszę (tuszę, że poruszę, bo rano też tuszyłam, a dopiero teraz poruszyłam) – jeden z nich - z początkiem wędrówki po tym padole łez, albo po tej dolinie róż i już, jest związany. A, że jest związany, to go rozwiążę... A drugi – będzie tematem z końca życia... Bardzo z końca życia. Bo nawet już po zawodach. Choć nie będzie to finis coronat opus... Bo ten czasami wieńczy nie dzieło!

   Kompletnie nie rozumiem tych dyskusji na temat tego, czy wolno karmić dziecko piersią w miejscu publicznym czy nie. Jak jest pierś mlekiem wezbrana i dziecko pod ręką, to czemu nie, che, che... Wszak katolikom znane jest zdanie, sui generis, przykazanie, głodnego nakarmić. Nawet jak głośno swoich potrzeb nie artykułuje. Co u dzieci bywa rzadkością. Jeden były poseł i były europoseł (i dobrze, że były, którego to stanu i wielu innym życzę) uważa, że nie, a nawet karmienie piersią dziecka porównuje z innymi czynnościami fizjologicznymi, związanymi z wydalaniem i wydzielaniem płynów i gazów ustrojowych... Tych, z którymi nie kryją się ludzie dzicy... Albo źle wychowani...

   Naród nasz wybrany podzielił się (co zawsze czyni chętnie) na tych, co są za i na tych, którym karmiąca pierś kobieca przeszkadza. Choć, ciekawe, bo nie zawsze. A nawet bardzo nie zawsze. Bo nie przeszkadza im na ulicy w dekoltach po pas, kurza twarz, skoro chętnie w nie zaglądają, ani w reklamach różnych przedmiotów z kobietami roznegliżowanymi. A nawet w malarstwie, nawet sakralnym też, o żeż. Nawet do takich obrazów, jak Matka Boska Karmiąca, modlą się... To jak to jest? O żeż...

   A tu bęc...

   Bo pierś matki Matki Polki karmiącej jest be. Nawet, gdy jest przysłonięta, a nie całkiem z ukrycia wyjęta. Sprawa zaczęła się od casusu w pewnej gdańskiej restauracji, kiedy to młodej matce zwrócono uwagę na niestosowność jej czynu i wskazano azymut na toaletę. Może uznano tam, że tylko oni mają monopol na karmienie i nie lubią konkurencji? A ona, ta matka, skierowała sprawę przeciw restauracji do sądu... Z niecierpliwością wartą lepszej sprawy czekam na wyrok... Nie tylko dlatego, że wyroki sądów w dzisiejszej dobie bywają niebezpieczne.

   Kuzynka nie miała takich problemów ze swoimi piersiami, bo w zamierzchłych czasach końca socjalizmu w Ojczyźnie, którą kochać trzeba i sanować ( i w tym nie ustawać) - gdy karmiła swe potomstwo piersią (a nie było to modne!) czyniła to w domu. Bo w tamte dni macierzyńskiego wątku - noworodki i niemowlęta spędzały czas w domowych pieleszach albo w parkach. I nikomu w tej strefie czasowej oraz klimatycznej nie przychodziło do głowy aby ciągać je po knajpach albo jeszcze gorszych miejscach. Dzisiaj gdy młode matki zabierają swoje dzieci w różne dziwne miejsca ( i dobrze, bo nie ma sensu skazywać je na siedzenie w domu), zabranianie im ich karmienia w owych miejscach to barbarzyństwo. Przecież wystarczy – przysłonić pieluszką albo inną materią ten wstydliwy dla wielu fragment kobiecego ciała... Ale po to - aby owa czynność nie straciła na intymności... Tej więzi mamy i dziecka. Nie ma przecież obowiązku patrzenia! Tu zaryzykuję śmiałą tezę, bardzo śmiałą tezę, że ci, którzy są przeciw karmieniu dziecka w miejscach ich zdaniem, do karmienia nie przeznaczonych - znaczy publicznych - prawdopodobnie nie wyssali z mlekiem matki tolerancji pokarmowej;-) - bo karmiono ich butelką. Nieważne czy w miejscach publicznych czy nie...

   A teraz, temat z końcem życia związany, a nawet już po jego końcu, taki, w stronę którego idziemy wszyscy, tylko jedni szybciej, inni wolniej...

    Quod tu es, fui, quod sum, tu eris... Święta prawda. Z tym, że nie chciałabym być tym, kim był bohater tej miejscówki gdy jeszcze był. Oczywiście piszę to nieco przewrotnie, bo nie o to chodzi, kim był za życia ale o to, że w ogóle był wśród żywych.

    A tu bęc...

    Ktoś, a nawet dwa ktosie namalowały czerwoną farbą na nagrobku Bolesława Bieruta napis "morderca", z jednej strony, a "kat" , z drugiej strony oraz czerwoną gwiazdę. Naród nasz wybrany znowu podzielił się... Jak jaki pantofelek... Jednym to nie przeszkadza, są za dewastacją grobów, a nawet za ekshumacją szczątków tego zmarłego i ich eksmisją z nekropolii powązkowskiej, inni, że nie należy ruszać zmarłych. Jestem w tej drugiej opcji... Dajmy już spokój zmarłym, nawet jak nie darzymy ich szacunkiem. A nawet nie lubimy, mając ku temu powody. Ale dewastowanie grobów jest karalne i niech takie pozostanie. Nie wolno też tworzyć precedensu z przenoszeniem szczątków. Bo to może być bardzo niebezpieczne w skutkach. Może rozpocząć serial, który doprowadzi do dewastacji cmentarzy. O kosztach takich operacji już nie wspomnę, bo kraj mamy bogaty.

    W absurdy...

 



 


Podziel się

komentarze (43) | dodaj komentarz

Współczesny akcent czyli o estetyce dziur oraz o świecie, który wypadł z kolein...

niedziela, 31 lipca 2016 20:55

   Ruszamy. Z megapoślizgiem. Bez pisku opon (to prostactwo) ale z kopyta... A, że kopyta podkowy mają, troszkę postukają;-)... Stuk, stuk, stuk... Jakiś czas temu przedstawiłam w magazynie dwa obrazki, obiecując trzeci. A, że ja obietnic, w opozycji do wielu rodaków dotrzymuję, ergo trzeci obrazek zaraz przygotuję...

   To za moment. Najpierw chwila wspomnień. Po lewej stronie jest w magazynie takie zdanie, Panowie i Panie: "Świat według kuzynki. Czyli o tym, co w polskiej trawie piszczy. Oraz o wychodzeniu z zaściankowości. Jakże trudnym psze Gości..."... Tak napisałam przed czterema laty, gdy mnie na WP zaproszono i layout zrobiono...                                                                   A tu bęc...

   Bo w trawie nie tylko piszczy, ale ryczy i wyje, a i nie ma wychodzenia z zaściankowości, psze Gości. Jest wchodzenie w nią, jak w masło. My nie wychodzimy z zaścianka, my w niego wchodzimy coraz głębiej i głębiej... Jak po maśle. Ale nie będę komentowała absurdalnej rzeczywistości, bo koń, jaki jest każdy widzi. Choć nie każdy wie, skąd pochodzi to zdanie, popularne niesłychanie... Nawet bardziej, niż dzieło, w którym padło!

   Kilka lat temu dziwiłam się, razem z Tadeuszem Konwickim, że oto doczekaliśmy czasów, w których dziury i rozczochrane fryzury stały się estetyką...

   A tu bęc.

   Z żywymi idę naprzód i po nową sięgam modę! Oto nabyłam drogą kupna przez sieć (i to trzy pary) spodni z dziurami... Ale, ale, na łydkach tych dziur nie ma wcale, są natomiast niewielkie gustowne przetarcia, takie pieprzyki na materii denimowej oraz... pęknięcia na kolanach... W poziomie, ukazujące kolano gdy usiądę... Tato, idealne na lato. Nawet padre nie protestował... Podobnie jak córka, wróg krótkich spodni na ulicach latem...

   A było to tak... Najpierw nabyłam spodnie z jednym sporym przetarciem w okolicach kolana. A, że zakładając owe spodnie w pozycji stojącej regularnie trafiałam w nie dużym palcem, czyli kciukiem u nogi lewej;-) - zrobiła się dziura. Któregoś dnia, maman, patrząc na mnie, powiedziała: - Jaka piękna bluzka, ale widzę, że masz na sobie także i współczesny akcent. No, jak maman to akceptuje, to nie mam wyboru... Za to mam piękne dziury w spodniach, w mózgu (jeszcze) nie, che, che... Te pierwsze, które przetarły się oraz Nowy Estetyczny ale nie Jedwabny Szlak - noszę tylko po domu. I to by było na tyle, z trendu nowego, Koleżanko i Kolego, bo kolczyków w nosie i tatuaży nie noszę i nie znoszę.

   Ale, ale, czy te dziury, ta dziwna estetyka, która teraz nam pomyka to nie jest forpoczta świata, z torów wypadającego, Koleżanko i Kolego? O żeż, maczam w tym palce też? Nie tylko uff, te u nóg?

   A teraz obrazek trzeci...

   To było tak. A nie inaczej. Kiedyś napisałam tekst o bardzo znanym i ciekawym facecie. Takie minimum prywatności, psze Gości (już Państwo wiedzą, że kuzynka uprawia taki rodzaj dziennikarstwa, które nie wchodzi do duszy z butami). Spotkałam się z bohaterem mego tekstu – tam, gdzie zaproponował, czyli w kawiarni sejmowej. Nie, nie był posłem. Na początku rozmowy ów bohater stwierdził, że lubi czytać moje teksty. Kto by nie lubił (poza tymi, co ich nie rozumieją?). Zapytam skromnie. Bo jak Państwo wiecie, skromność to moja główna wada. Była. Do momentu, w którym skromność straciłam. Utracona niecześć NieKatarzyny NieBlum;-). Tu dodam skromnie, a jakże, bo coś jeszcze z tego kuferka skromności na dnie zostało, że przecież aby coś stracić, trzeba to mieć... Jasna rzecz;-)...

   Ale wracamy do kawiarni sejmowej... I rozmowy z bohaterem tekstu mego... Jej owocem była publikacja na pół kolumny, ze zdjęciami bohatera. Te zdjęcia wypożyczył mi, na moją prośbę... Swoje prywatne zdjęcia.

   A tu bęc...

   Zdjęcia trzymałam, trzymałam i się zastanawiałam, jak je zwrócić. Albowiem zapodział mi się telefon do bohatera tekstu mego, gazetowego. Leżały w moim domowym archiwum. I leżały. Raz spotkałam bohatera tekstu mego (w Najjaśniejszej bardzo znanego) w ogrodach Belwederu na promocji książki o Lechu Falandyszu, na którą to promocję zaprosiła mnie, żona Leszka, a moja koleżanka, Basia. Wtedy nie miałam oczywiście, tych zdjęć przy sobie. Ergo ich nie oddałam. Miło z bohaterem tekstu mego pogadałam. A wizytówkę znowu gdzieś zapodziałam, zanim zdjęcia odesłałam. Kilkanaście kolorowych, prywatnych zdjęć... Rymie, Ty nie w Rzymie? Znowuś mnie opętał?

   A tu bęc.

   Niedawno spotkałam bohatera tekstu mego w jednym z centrów handlowych. Chwilę (niejedną) rozmawialiśmy i dostałam wizytówkę z prywatnym adresem bohatera. I co robię? Z megapoślizgiem i pięknymi przeprosinami listem poleconym wysyłam zdjęcia...

   Niedługo później otrzymuję list. Taki w skrzynce, ze znaczkami, psze Pana i Pani... Nie będę całości listu przytaczała bo to list do mnie, ale fragment zacytuję „ (…) Fotografie przywołały wspomnienia. Miłe. Kiedy rodzina zgodnie i z uśmiechem mieściła się na kanapie. I kiedy przedmioty były trwalsze. Ten sam zegarek. Piła tarczowa. Koszula już nie. Ale piżama – do niedawna w użyciu.”

   Tak, bohaterze tekstu mego, gazetowego... Czasy, w których nie tylko przedmioty były trwalsze są już, niestety, za nami. Teraz mamy świat, który wypadł z kolein.

   I coraz mniej wskazuje na to, że w nie z powrotem wpadnie.



 


Podziel się

komentarze (43) | dodaj komentarz

niedziela, 26 marca 2017

Licznik odwiedzin:  1 088 488