Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 988 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Świat według kuzynki. Czyli o tym, co w polskiej trawie piszczy. Oraz o wychodzeniu z zaściankowości. Jakże trudnym psze Gości...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1094023
Wpisy
  • liczba: 229
  • komentarze: 9885
Bloog istnieje od: 1766 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl

Kołyska nad Sekwaną czyli o tym, kim kuzynka by była gdyby rodaczką nie była i o miłości

sobota, 20 maja 2017 8:32

    "Z narodowości jestem Francuzką... Jakby się kto pytał;-)... W mym magazynie leniwie życie płynie, zwłaszcza z rana, ergo kolejny test rozwiązałam, jakiej narodowości jestem... Vive la France... Choć chyba bliżej mi do GeBe, che, che..." Tak pisałam dokładnie dwa lata temu, 20 maja 2015 roku. A dzisiaj test ów kopiuję i aktualizuję... Choć nawet aktualizować go za bardzo nie trzeba bo aktualny...
   "Wino, śpiew i kultura - to Twoje żywioły. Uwielbiasz smakować przyjemności życia, a jest ich tak wiele. Któż miałby o tym wiedzieć lepiej niż Ty. Masz swój styl, lubisz elegancję z lekką nutką dekadencji. Długie rozmowy o filozofii, literaturze, sztuce, także tej codziennego życia - na tym upływa Ci czas spędzany z szerokim gronem znajomych, dobieranych bardzo starannie. Ostatecznie, trzeba wiedzieć, czego w życiu się chce, a czego nie, n'est-ce pas? " To Francja w kuzynce według testu. Nieco tylko modyfikuję tekst napisany dokładnie dwa lata temu albowiem Wam powiem, że nadal jest aktualny!... Choć tak naprawdę jestem Europejką, kochającą wiele krajów, ze wskazaniem na Szwecję... I oczywiście, Ojczyznę moją, którą kochać trzeba i sanować...   
   Czy nie miał racji Konstanty Ildefons Gie? Mówiąc, że gdyby wiedział to gdzie indziej by się urodził... Gdybym ja to wiedziała, to ma kołyska nad Sekwaną by stała? Z Macronami może bym się spotykała? Pełna podziwu, psze Gości, dla ich miłości! Tak trzymać. To o takich jak oni pisał kiedyś Albert Camus... To zdarza się kilka razy na wiek, ech... Tylko pozazdrościć... Ale, że zazdrość nie przystoi kuzynce, miast zazdrościć - życzę tej parze wszystkiego najlepszego. Z podziwem i świadomością, że prawdopodobnie gdyby nie Brigitte, Emmanuel nie byłby chyba w tym miejscu, w którym jest. Od dawna wiem, że właściwa kobieta u boku mężczyzny to nie tylko miłość, to także wsparcie, oparcie i przyjaźń! I wiek tu nie ma żadnego znaczenia. Amor nie patrzy na metrykę. A ci, którzy kubły sfermentowanej cieczy na Macronów wylewają sobie świadectwo wystawiają. To ludzie z kompleksami, psze Pana i Pani. W dodatku nieszczęśliwi...  

   Nawet niektórzy dziennikarze pokazują psze Gości, swe małości. Ale dlaczego nie mieliby ich okazywać, skoro zawód ten spauperyzował się? Oto niejaki Mariusz Max K., z wdziękiem stada słoni w składzie porcelany nazwał Brigitte mamą Emmanuela, dowcipny jak cholera. O pardon... A swoją drogą, ile na świecie związków równolatków: nietrafionych, pomylonych, w których ludzie sobie dogryzają i wzajemnie życie zatruwają... I ile z nich kończy się rozwodem...

   "PS> Choć czuję, że rymuję, ale nie dbam o to, a co to... A raczej dbam aby me słowa znakomicie tętniły życiem. Tym życiem, "które jest formą istnienia białka, i tylko w kominie coś czasem załka". Któż mógłby wiedzieć lepiej niż ja o przyjemnościach życia? Jest taki tu, ja Go znam. Kto to jest nie powiem Wam;-)... Dekadencja i schyłkowość, ho, ho to jest to. A nie coca cola... Ale nie na co dzień;-)... I nie w nadmiarze... No i powiem Wam, że swój styl mam...

   Tylko grono znajomych jakby mniej szerokie, jak sięgnąć okiem... W magazynie, gdzie leniwie życie płynie... Ale przecież powiecie, że to nie ilość, a jakość liczy się, che, che... Od dawna to wiem... Donna doświadczonna;-)...

   Dbajcie o siebie i o innych, bo między nami na ulicy pojedynczo i grupkami włóczą się okularnicy z wypryskami..." To ach, nie są słowa sprzed dwu lat! 

   Vive l'amour! Niekoniecznie hi, hi, do jednej płci... 


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Trzy złote gwiazdki czyli o tym, jak z igły zrobić widły oraz o ptaszkach i armatach...

sobota, 29 kwietnia 2017 17:16

    

   W wolnej chwili (takie chwile przybywajcie) wpadam czasami do netu by zobaczyć co w wirtualnej trawie piszczy...

   A tu bęc...

   Opary absurdu coraz gęstsze.

   Któregoś dnia obejrzałam nową ofertę firmy Reserved. To jeden z moich krawców. Ma niezłe pomysły, zawsze znajdę u nich (no może prawie zawsze) coś dla siebie. I to coś, w co się jeszcze mieszczę;-)... Wybrałam kurtkę w stylu wojskowym, z naszywkami. I zupełnie mi nie przeszkadza, że nie będę robiła za generała, a za porucznika, co za podporucznikiem pomyka;-)... Bo hi, hi, na kurtce gwiazdki tylko trzy. I to nie tam, gdzie noszą je wojskowi. Tylko trzy - ale za to jakie duże... Tu przypomnę, że ja nie z tych, co za mundurem sznurem...

   A tu bęc...

"Marka Reserved stworzyła koszulę przypominającą mundur nazistowskiej młodzieżówki Hitler-Jugend – stwierdził jakiś czas temu Mariusz Szczygieł, uważając, że to znak "brunatnienia naszych czasów”.
" - Spójrzmy na tę koszulę. Przecież to "plagiat" zupełnie czegoś innego. Ewidentne nawiązanie do koszul Hitler-Jugend. Koszule, które wyglądają jak odpowiedź na brunatnienie naszych czasów. To właśnie powinno być uznane za skandaliczne. I tu pojawia się problem, bo jestem przekonany na tysiąc procent, że większość młodych projektantów, masterów od sprzedaży i reklamy w Polsce i na świecie nie ma pojęcia, co to znaczy "brunatnienie" czy "brunatny" w polityczno-historycznym znaczeniu. Złośliwi pisali o Reserved jako o królu plagiatu. Może należałoby pisać o führerze plagiatu?" – pyta reporter (podaję za portalem o2.pl).

   O żeż, a to armatę Szczygieł wytoczył. Choć nie na wróbla, bo LPP i Reserved, matka i córka, to nasza, rodzima odzieżowa potęga, niedawno nawet otworzyła sklep przy głównej ulicy. W Londynie, przy Oxford Street...

   Mariusz Szczygieł uważa, że we współczesnym świecie symbole wojny, cierpienia milionów ludzi i okrutnego barbarzyństwa nie mają już takiej siły, jak kiedyś. Stały się – jak to określa – dekoracją.
- Oto mamy przykład z życia i mody. Wojna jako ozdoba mówi. I o ile mogłabym się z nim zgodzić, bo tak pewnie jest i czasy rzeczywiście nam brunatnieją, a symbole powszechnieją, ale, ale... nie mieszajmy do tego mody inspirowanej mundurami wojskowymi. Natomiast wmieszajmy noszenie tzw. patriotycznej odzieży, bo to przecież ścieżka do nacjonalizmu! O żeż. Mariuszu Szczygle, czy Ty czasem nie przesadzasz z tą koszulą z Reserved? Z igły robisz widły. I to z bardzo małej igły takie wielkie, wielkie widły!

   A tu bęc...

   Bo przesadzając, ha, reporter wielką siłę rażenia ma! Oto niedługo po wpisie Mariusza Szczygła, na Facebooku powstała grupa, wzywająca do bojkotu marki Reserved. Oskarżyła firmę o zaprojektowanie i uszycie ubranka dla rodzimych nacjonalistów... A  ta szybko wycofała koszulę ze sprzedaży. Moim zdaniem za szybko i jak za szybko - tak bez sensu. Poddano się bez walki. Koszulę widziałam i ani przez chwilę nie skojarzyła mi się z „anielskim”  chłopcem w mundurze Hitlerjugend z "Kabaretu", uroczo intonującym romantyczną pieśń „Przyszłość należy do mnie” (w filmie "Tomorrow Belongs To Me")... Ani z jego kolegami. Jeśli już, to z koszulami żołnierzy hamerykańskich z US Army. No i czy każda beżowa koszula musi się zaraz kojarzyć z brunatną i nazistowską? Nawet jak pokazujący ją model jest łysy? Ludzie, nie dajmy się zwariować! Nawet jeśli taką asocjację mamy, to nie przesadzajmy z przypisywaniem innym intencji, których nie mają... I nie wołajmy: Larum grają!
    Wojskowe motywy to bardzo silny dzisiaj trend w modzie. Ja nie widzę w nim nic złego. Ten trend pojawiał się w modzie już wiele razy za mego życia krótkiego. I wcześniej nie wzbudzał tylu emocji. A nawet wcale ich nie wzbudzał!...Co to znaczy podatny grunt... 

   A mnie ta moda się podoba. Takie np. marynarki ze złoconymi naszywkami jak za Franciszka Józefa. Naprawdę niektóre mundury z różnych epok i stron świata są ładne. I nie widzę nic złego w wykorzystywaniu ich elementów w modzie. No i jeśli miałabym mundury wojskowe oglądać - to tylko w modzie (w elementach) albo na paradach... Co innego jednak, że się powtórzę, wojskowe motywy z mundurów różnych armii świata, pomijając oczywiście, nazistowskie, a co innego symbole patriotyczne, takie jak Znak Polski Walczącej - powstańcza kotwica. Noszenie jej nadruku na dresach czy innych koszulkach uważam za nadużycie. A nawet profanację! Takiego trendu nie pochwalam. Zresztą nie występuje on w projektach liczącej się mody z najwyższej, wyższej i średniej półki, ani haute couture, ani pret - a - porter. Nawet współcześnie u Hugo Bossa. Ale oskarżając Reserved o inspiracje nazizmem popadamy z jednej skrajności w drugą. 


Podziel się

komentarze (30) | dodaj komentarz

Złoty róg czyli o tym, że dobrymi radami piekło jest wybrukowane, a o rozpaczy dnie nie...

wtorek, 21 marca 2017 15:05

   "My możemy być w kłopocie ale na rozpaczy dnie, jeszcze nie, długo nie". Ja byłam w kłopocie gdy autor tych słów zrobił mi długi wykład na temat tego, czym powinnam się zajmować jako dziennikarka... A miało to miejsce przed laty, gdy zadzwoniłam do niego, dając mu szansę odgryzienia się Jerzemu Urbanowi. Urban bowiem napisał w swoim "Alfabecie Urbana" niezbyt ładne o Młynarskim zdania... Nie będę ich tu przytaczać z oczywistego powodu. Nie pogniewałam się jednak na Wojciecha Młynarskiego, kładąc te niezbyt miłe rady na karb jego choroby... Trafiłam po prostu w niedobrym momencie. A ponadto oraz oczywiście nie skorzystałam z rad, jakich Pan Wojciech był uprzejmy mi udzielić... Pewnie dlatego, że nikt jeszcze z cudzych rad nie skorzystał!!! Nie tylko w tym zawodzie;-)... A zadzwoniłam do niego, albowiem uważałam, że Jerzy Urban nie miał racji, pisząc niesympatycznie o twórczości Młynarskiego... W tych smutnych dniach wrzucam malutką łyżeczkę dziegciu do miodu. Aby obraz znakomitego poety nie był przesłodzony, ani tym bardziej zbrązowiony...

   Znacznie milej potraktowała mnie za to Adrianna Godlewska, pierwsza żona Wojciecha Młynarskiego, (i matka jego dzieci), gdy gościłam w ich domu na Górnym Mokotowie, przygotowując sylwetkę, nieżyjącego już dzisiaj polityka, brata Pani Adrianny, Marcina Przybyłowicza...   

   Dzisiaj (to dzisiaj oczywiście jest umowne)  ze smutkiem przyjmuję wiadomość o śmierci mego doradcy, absolutnie przekonana, że nie był On żadnym dobrym tekściarzem, a był znakomitym poetą. Kto się jeszcze o tym nie przekonał, znając jedynie niektóre piosenki Wojciecha Młynarskiego, a zwłaszcza te śpiewane przez niego, niech może sięgnie po ostatnio wydane "Od oddechu do oddechu"... Śpij spokojnie P. Wojciechu...  

   My możemy być w kłopocie ale na rozpaczy dnie jeszcze nie, długo nie...

   A i owszem, kłopot mam, bo jestem donna nieco tu osamotnionna... Ale, że mój drogi Hipolicie, znam życie wyśmienicie, ergo wiem, że taka kolej rzeczy jest... Albo bywa, jak recydywa. Jak w starym małżeństwie, gdzie najpierw jest zachłyśnięcie, a na końcu zobojętnienie, znaczy przyzwyczajenie. Oczywiście w przeciętnym małżeństwie, bo nie w takim, gdzie prawdziwa miłość jest, o żeż... Ale to, jak pisał (a ja mu wierzę) Albert Camus, zdarza się dwa, może trzy razy na stulecie...

   Jakie to nasze, polskie... Ileż razy czytywałam w biografiach, że całe życie się przyjaźnili, a poróżniło ich, Panowie, i Panie, jakieś jedno głupie zdanie...   

   Zaglądam na blog Toma, nieczynne. Zaglądam na blog Barnaby, czynne ale ruchu na nim jeszcze mniej niż w magazynie, gdzie leniwie życie płynie... Nikt nie komentuje!  I tak blogi umierają wisząc... O żeż... Jak to brzmi, hi, hi... W domu powieszonego nie mówi się o sznurze... Ergo nie będę tu Stanisława Wyspiańskiego cytowała, o tym gościu, co miał róg, i to złoty, a został mu się, je-no, no nie będę,  i już...

   A tu bęc...

   Blogi umierają wisząc, a chamstwo rozkwita w najlepsze. I choć zetknęłam się z nim niedawno oko w oko, i to niejedno oko, wątku nie pociągnę, bo nie pora i miejsce... W tym memuarze...

   Pierwszy raz piszę od razu na blogu, pierwszy raz w życiu piszę, nie mając tytułu. Bo zawsze go mam najpierw... Krótko mówiąc zawsze zaczynam od tytułu... Tytułem tematu tekstu każdego, Koleżanko i Kolego...

   A tu bęc...

   Czyli jednak można byle z ostrożna. Inaczej, od końca prawie;-)... Bo co napiszę kilka zdań, to kopiuję, by nie posłać słów, daleko, ufff, bo w kosmos...

   Nauczyłam się tu wiele i jeszcze większego nabrałam dystansu do wszystkiego... I dalej będę szła tą drogą, bo jeszcze, che, che, nie jestem na rozpaczy dnie, nie, jeszcze długo nie...

   Czego i Państwu życzę...


Podziel się

komentarze (54) | dodaj komentarz

Kwiaty polskie czyli o tym, że mleko bywa czasem czarne oraz o nieznośnej lekkości bytu...

niedziela, 26 lutego 2017 11:07

Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
Wiązane były wzwyż i stromo.
W barwach podobne do ołtarza,
Kształt serca miały lub wachlarza
Albo palety. Z niej to, kwietnej,
Kolory brał bohomaz świetny,
Rafael Rawy i Studzianny,
Kiedy ku czci Najświętszej Panny
Malował uczuć swoich kwiaty
W tonacji bladej, choć pstrokatej.

   Tu miał być tekst, poświęcony nie poezji (tej mamy relatywnie sporo w magazynie, gdzie leniwie życie płynie) - a cwaniactwu. Ale chyba go nie będzie... Przynajmniej na razie... Chwilowa przerwa w dostawie prądu... Powód ważny szalenie. Ale - i wbrew pozorom - to nie wypalenie... Powiedzmy, Gantenbein;-)...

   Dbajcie o siebie i o innych... I czytajcie, czytajcie, czytajcie... Z książek płynie odwaga, książka w życiu pomaga. A wspaniałych powieści wychodzi w dzisiejszych absurdalnych i prostackich czasach, naprawdę tak dużo, jak chyba nigdy wcześniej. Jakby na przekór temu, co się na świecie dzieje (bo świat głupieje)... Wprawdzie trzeba je wyławiać z tony produktów książkopodobnych - ale od czego czytelnicze wyrobienie znaczy czytelniczy gust. I już... Oraz inteligencja...


Podziel się

komentarze (43) | dodaj komentarz

Sztuka szczytowania czyli o tym, że to elity pchają świat do przodu i o rąbku prywatności

wtorek, 31 stycznia 2017 15:19

   Bo ludzie są jak gospody, w których się można roztrwonić, za postój krótko przydrożny dać szczerość, co złotem dzwoni... Jakie to mądre słowa... I chyba był taki czas, kurza twarz, że kuzynka się trochę roztrwoniła... Cdn...  Albo nie, bez che, che... Albo nie... Miałam poszukać wycinka mojego tekstu o Michalinie Wisłockiej... I napisać na jego motywach kolejny felieton w magazynie. Nie wstyd się przyznać, że to właśnie ja, kuzynka, kiedyś MUK-iem zwana (czyli Moją Ulubioną Kuzynką) bodaj pierwsza w Najjaśniejszej uchyliłam rąbka prywatności (rąbka, bo niektóre sprawy zachowałam dla siebie) Michaliny Wisłockiej.

   A tu bęc...

   Bo nie mam teraz czasu (ochoty też) szukać tego tekstu w ogromnym archiwum, powróciwszy w dawne klimaty życia towarzyskiego i uczuciowego, (no może bardziej uczuciowego jednak), ergo wyciągam z mojego słownika wyraz - przepraszam. Słowo dawno nie używane, bo przepraszać nie miałam za co. Natomiast mam zdecydowany deficyt tych słów... Nie słyszę ich, choć powinnam. Ale nie będę się skarżyć na swój ciężki los człowieka, przez życie wirtualne kopanego...

   Wracając do Michaliny Wisłockiej. Doskonale pamiętam moją wizytę w jej niedużym mieszkaniu na parterze domu nieopodal pomnika Jana Kilińskiego... I pamiętam, jak zapytałam ją po godzinie rozmowy, czy ma może zamiar poczęstować mnie kawą albo herbatą, czy tego nie planuje - bo ja na dzień dobry hydraulikowi to proponuję... Pani Michalina żwawo rzuciła się po herbatę, przepraszając, że tak długo pozwoliła mi się zasuszać;-)... Tytułem rekompensaty dorzuciła kawałek ciasta. Wydobyłam też z niej  - metodą odkrywkową - powód, dla którego nosi chustkę, nie rozstając się z nią ani na chwilę... Wybaczcie kuzynce, że nie będzie kontynuować tematu sztuki szczytowania, może jeszcze kiedyś do niego powrócę... Nie chce mi się w czasach kolejnego Greya wchodzącego do kina ze swoimi sprawami ciemnymi - wpadać do sypialni w magazynie, gdzie leniwie życie płynie. Ale nawet ten łóżkowy temat jest wodą na mój młyn, że to elity pchają świat do przodu, ten świat, który niedawno stanął na głowie... Elity pchają świat do przodu. Nawet w ars amandi... Ale jak go dalej pchać, skoro stanął na głowie?

    I na razie nic, ale to nic, nie wskazuje na to, że nogi wrócą na swoją pozycję... Sorry, za słowo pozycja;-)... A nie opozycja;-(. Aby na to i na opozycję nie patrzeć zatapiam się w innym świecie, m.in. w epoce Bruno Schulza i kobiet z jego kręgu oraz w "Zimowym królestwie" Philipa Larkina... Proza tego poety ukazała się w Najjaśniejszej po 70 latach od swego brytyjskiego wydania. Czyli szybko;-). A to dzięki znakomitemu tłumaczeniu Jacka Dehnela, przed którego wiedzą i talentem chylę czoła... Jacek Dehnel jest nie tylko świetnym pisarzem i zapalonym kolekcjonerem starych zdjęć i pamiątek ale i znakomitym tłumaczem i poezji i prozy. Wiersze Philipa Larkina w jego przekładzie wydano u nas w 2008 r. Pisarzy (w danej chwili mam na myśli panów) mamy w Najjaśniejszej świetnych... A ten, kto kiedyś wieszczył koniec wielkiej narracji niech się pali ze wstydu. No chyba, że uczynił to już dawno... 

   A wracając do książki "Kobiety i Schulz" - Anna Kaszuba-Dębska dała drugie życie kilkunastu niezwykłym kobietom, m.in. Deborze Vogel, Racheli Auerbach i Racheli Korn, Kazimierze Rychterównie, Eggy van Haardt, Jeanette Suchestow i wielu innym... Te dziewczyny z kręgu Bruno Schulza odcisnęły piętno na życiu intelektualnym tamtych czasów.  

   A te czasy odciskają swe piętno na nas...

   Nocny, ja Cię proszę, nie dajmy się im wypalić!!!


Podziel się

komentarze (52) | dodaj komentarz

Kultura na pół gwizdka czyli o tym, że dinozaury nie wyginęły, a wiek bywa względny...

wtorek, 27 grudnia 2016 15:07

  

   Kuzynka to jednak jest dinozaur. Człowiek z innej epoki, choć postępowy. Taki dziw natury - postępowy dinozaur. Ale drepczmy od początku, wątek po wątku... Najpierw napiszę o tym, jak idę z postępem... Bo trzeba z żywymi naprzód iść po życie sięgać nowe.

   Może sięgać nie tyle po życie nowe, co po gadżety, niestety..? Ergo najpierw będzie o postępie, później o tym, jaki ze mnie jednak dinozaur. Inaczej mówiąc człowiek starej daty, który ceni sobie, Panowie i Panie, dobre wychowanie...

   Stałam sobie grzecznie przed świętami w kolejce w pewnym dyskoncie, w opcji - do kasy do dziesięciu towarów w koszyku. Widziałam, kuzynka jak się patrzy, że bacznie przyglądał mi się jakiś mocno młody człowiek, na oko ze 12-13 lat. W moim krótkim życiu bywało, że skupiałam na sobie, jak soczewka, wzrok facetów sporo starszych ode mnie, a nawet w wieku mego padre. Oraz jeszcze starszych!

   A tu bęc.

   Ale żeby aż tak?

Sporo młodsi mężczyźni mnie jakoś wcześniej nigdy nie fascynowali i tak mi zostało, a ostatni narzeczony musiał nawet mocno ściemniać z wiekiem, aby zaistnieć...

   Młody patrzył na mnie bacznie, ja na niego... I coś mi się zdawało, że już kiedyś wdałam się z nim w jakąś pogawędkę dokładnie w tym samym miejscu. I pamiętałam, że chłopczyka było sporo i mocno był rezolutny - a ja kocham pasjami rezolutne dzieci... - Co mi się Pan tak przygląda? - zapytałam śmiało... - Patrzę z podziwem, że ogarnia Pani telefon dotykowy – odpowiedział. - Bo starsi ludzie nie ogarniają i mają telefony z klawiaturą.

   Nie jestem niewolnikiem telefonu ale akurat zadzwonił chwilę wcześniej ergo odebrałam i przeprosiłam, że nie mogę teraz rozmawiać...

   O żeż. Ale komplement mi młody podrzucił – pomyślałam, to już ze mnie taka starsza? W autobusach czerwonych co przez ulice mego miasta mkną jeszcze mi miejsca nie ustępują...

   A tu bęc...

   No ale jak sama byłam w jego wieku, to ludzie 30-40-letni wydawali mi się staruszkami – zaczęłam się pocieszać... Ale jak zaczęłam, tak skończyłam. Pewnie trzydziestolatków nie miał jednak na myśli w danej chwili. No cóż, przyjdzie mi z tym żyć... I być - starszą, która ogarnia;-)... Ale, ale – ja pamiętałam, że już z nim rozmawiałam, a on nie... Zatem kto ha, ha, lepszą pamięć ma?

   Innego dnia, wracając z zakupów – bo taki był sezon - stanęłam aby chwilę odpocząć (starsze, które ogarniają też czasami, bardzo czasami odpoczywają)... Postawiłam torbę pełną zakupów na tzw. bunkrze... I oddychałam pełną piersią, a nawet dwoma, bo powietrze w stolicy wreszcie ponoć bez zanieczyszczeń... Prawie... Stałam i oddychałam. I patrzyłam... Kuzynka jak się patrzy. Szedł sąsiad... Najbliższy - bo ten zza ściany. Młodszy ode mnie. Powiedział „Dzień dobry”... Odpowiedziałam... I pomyślałam, że będąc na miejscu sąsiada, (na swoim też, o żeż) zaproponowałabym wniesienie torby na górę... Książę też by to uczynił...

   A tu bęc...

Inne ściany, inne głosy;-)...

   Poszłam za nim... Wszedł do klatki i... I przytrzymał mi drzwi... - Jaki półkulturalny – pomyślałam, bo ja będąc na jego miejscu, przepuściłabym przodem osobę z zakupami, nawet bez względu na wiek i płeć... Czynię tak zawsze, nawet wobec osób zupełnie mi obcych, nie sąsiadów... A tu – i starsza jestem od sąsiada zza ściany i płci innej, tej, którą się w drzwiach zawsze przepuszczało...

   A tu bęc...

Rodzina zza ściany troje dzieci ma, dwie córki i synka...

   Takie, Panowie i Panie, będą Rzeczypospolite, jakie jej młodzieży chowanie... E tam, będą, one już takie są...

   Półkulturalne...

   Albo i gorzej...


Podziel się

komentarze (78) | dodaj komentarz

Różowy beret czyli o tym, jak trudno pokochać suwerena oraz o zmianach w polu widzenia...

sobota, 12 listopada 2016 16:59

   Jak to się człowiek zmienia. Chcę pokochać suwerena. Serce, mówię Wam, pełne miłości mam...

   A tu bęc...

   Wychodzę z domu, pełna miłości do ludzkości. W jasnoróżowym bereciku. Tu też mamy efekt zmiany. Mojej prywatnej zmiany. Trend mamy na świecie na zmiany. Dlaczego mam gorsza być? I robić za constans? Zresztą, moi mili Państwo, przecie jest jedna tylko stała rzecz na świecie - zmiana!

   Oto przed rokiem, albo i dziesięcioma laty - róż był mi mentalnie obcy. Ten kolor nie był brany pod uwagę w moich stylizacjach... Nacisk na słowo moich, albowiem sama zawsze się stylizuję, a i prekursorem mody, jak już Państwo wiecie, bywam. I jest to recydywa! Róż nie był w moim typie, tak jak nie był w nim mężczyzna bez polotu i w krótkich spodenkach, czyli krótko mówiąc omijałam ten kolor szerokim łukiem. I nie tylko kolor!

   A tu bęc...

   Przed dwoma miesiącami nabyłam drogą kupna w Reserved różową kurtkę. Ale nie w odcieniu fuksji, a tzw. różu przypudrowanego... Kurtka była ładna, z kieszeniami. Nie zdążyłam jednak kurtki założyć, kurza twarz, pierwszy raz, gdy odwiedziło mnie jedno z moich dzieci ulubionych, a nawet ukochanych i kurtka zmieniła właściciela... A ja tak mam, że dziecku wszystko dam... No i do rzeczy się nie przywiązuję. Dla dziecka kurtka była trochę luźna, ale to przecież nic, bo ono, biorąc ciuch od mamusi, zapinać się nie musi;-)... Zwłaszcza na ostatni guzik;-)...

   Kolorystycznie prektursorem bywam też też, o żeż... Ale nie tylko kolorystycznie. Płaszcz z wielkimi klapami kołnierza, od trzech lat co najmniej mam. Teraz modny szalenie... Pierwsza Dama ha, też taki, widziałam, ma...

   A tu bęc... Modę na razie zostawimy, choć do niej wrócimy.

   Wychodzę z domu swego. Na schodach zaschnięte krople krwi. Ktoś dostał w nos? Ale na mojej klatce 42 rozbojników nie ma. Ani nawet jednego.

   A tu bęc...

   Suweren nabrudził i nie sprzątnął po sobie! To u nas ciągle w modzie? Ale idę dalej. Slalomem krople krwi zaschnięte omijam. Przed budynkiem, na podwórku, na trawnikach walają się śmieci. Torebki, co ach, rozkładają się tysiąc lat i zwykły papier po produktach spożywczych. Suweren je zjadł, nie zadając sobie fatygi aby opakowania zanieść do śmietnika. Wczoraj było święto – jeśli miłość do Ojczyzny, którą kochać trzeba i sanować, takie ma oblicze, to o czym tu mówić? Jak można tak zamieniać Ojczyznę w śmietnik jednocześnie skandując: "Bóg Honor Ojczyzna"?

   W minionym tygodniu obejrzałam program o tym, jak rodacy jacy tacy  wyłudzają pieniądze z firm ubezpieczeniowych. Płacą za to - podnoszonymi składkami - pozostali właściciele aut... Tysiące wyłudzeń na co najmniej półtora miliarda zł rocznie. Nie mówiąc już o tym, że jakieś 100 tys. aut jeździ po Ojczyźnie naszej, którą kochać trzeba i sanować, bez ubezpieczenia OC... A w przypadku wypadku za szkody przez nie spowodowane płaci fundusz, czyli też ci, co składki opłacają. Inni VAT wyłudzają, ostatnio słyszę, że circa na sumę 40 mld złotych, czyli tyle, ile potrzeba na program 500+... I już...

  Ostatnio media obiegła sprawa z Lidla. Nie będę się o niej rozpisywała, zacytuję...

"Promocja "Sprytnie i tanio" miała w założeniu reklamować marki własne sieci. (...) Sieć zainwestowała we wrześniu w potężną kampanię - również w telewizji, która miała pokazać, że towary robione na jej zamówienie nie ustępują tym markowym. (...) Sieć chciała zakomunikować w ten sposób swoim klientom, jesteśmy tak przekonani o jakości naszego towaru, że pozwalamy wam go przetestować za darmo. Ale na pewno nie będziecie chcieli go oddać do sklepu, bo uznacie że jest świetny."...

I uznali...

"1. Ludzie przychodzili do sklepu, brali np. opakowanie ciastek, zjadali je, a następnie z pustym opakowaniem żądali zwrotu pieniędzy jako niezadowoleni klienci.
2. Ludzie robili zakupy za kilkaset złotych, wypakowywali towary w domu, a następnego dnia przychodzili z pustymi opakowaniami.
3. W końcu pojawiły się zorganizowane grupy osób, które przychodziły np. z trzema wózkami wyładowanymi pustymi opakowaniami, dostawały pieniądze, a po chwili wracały z nową taką samą porcją odpadów. Prawdopodobnie w tym samym czasie druga współpracująca z nimi grupa robiła zakupy i przepakowywała je na parkingu.
To już nie były zakupy detaliczne, tylko hurtowe wyłudzenia." (za "GW").

   I jak tu kochać suwerena?

   Ale nadal próbuję... Poszłam do innego sklepu sieciowego, brytyjskiego. Wzięłam wózek nieduży, wrzuciłam do niego kilka artykułów. I udałam się do kasy. Czynne były dwie, ergo stanęłam do jednej z nich. W chwilę później otworzono trzecią kasę. Ponieważ jeszcze nie zdążyłam wyłożyć produktów na taśmę - postanowiłam, że przeniosę się do tej trzeciej. Niechcący trącając wózkiem trzy koszyki, włożone jeden w drugi, ale od razu schyliłam się aby je z powrotem, jak to mówią, spionizować. A tak na marginesie, wieść sklepowa niesie, że te koszyki powinny stać przy wejściu do marketu, a nie przy kasach... Ot, Panie, zaniedbanie...  

   A tu bęc...

   Spłynęła na mnie lawina życzliwości. Z ust korali jakiegoś jegomościa młodego i grubego... Nazwał mnie głupią... O żeż... No i wszedł na mój wiek, w dodatku mocno z nim przesadzając... Mądre i małoletnie pewnie pustych koszyków nie przewracają... Za to mięsem rzucają... Jakże często, niestety... Spojrzałam w nalaną twarz tego gościa, który... Nie uwierzycie! Domagał się kultury! Imaginujecie sobie. Kultury! Obrzucając mnie błotną lawiną słów, płodów umysłu swego, IQ nieprzesadnie wielkiego... Ani go potrąciłam, ani nawet nie dotknęłam, staliśmy w dwu różnych, w sumie krótkich, ogonkach. Nie miałam z tym osobnikiem żadnego związku przyczynowego. Ani żadnego innego... Najwyraźniej mu się nie spodobałam. Może różu nie lubi? Może jakaś różowa (i plastykowa) panienka dała mu kosza (kosza, a nie koszyk-)..?

   - Pan już tę kulturę okazał - powiedziałam. I już w jego stronę nie spojrzałam, choć stanął za mną...

   Pewnie nie lubi elit... Bo może jego zdaniem, ha, taka elita to różowy beret ma...

   Choć, cóż, różowych okularów nie ma już...


Podziel się

komentarze (113) | dodaj komentarz

Dwa bliźniaki czyli o tym, jak kupić kota w worku oraz o w tył cofaniu i chwastów zrywaniu

czwartek, 20 października 2016 14:22

   Nie, to nie będzie tekst o bliźniakach, choć zapewne ktoś może mieć, przeczytawszy tytuł, taką asocjację. Nawet polityczną;-). O polityce nie będę jednak dzisiaj pisała, bo brak mi słów... A o bliźniakach (dwóch);-) będzie trochę niżej, w całym szeregu;-) słów...

   A tu bęc...

   Jakże często spotykam się w sieci, czytając kometarze pod różnymi tekstami, z potwornymi błędami oraz z pleonazmami. Najczęściej  powtarzające się błędy, to oczywiście: na pewno, naprawdę, w ogóle (napewno, na prawdę, wogóle)... Ale i innych jest całe mnóstwo;-)... Język polski, trudna język, nie tylko dla cudzoziemców ale i dla Polaków, a, że książek oni (na szczęście nie wszyscy) nie czytają, to i skąd go znać mają? Tymczasem, o dziwo, rośnie liczba dyskontów i antywariatów w sieci. Kto i po co zatem te książki w nich kupuje? Ciekawa sprawa. Może dla dekoracji? Ja w każdym razie dzięki temu, mogłam nabyć drogą kupna sporo książek, które od dawna upominały się o miejscówkę w mojej bibliotece.

   A tu bęc.

   Wczoraj wchodzę na platformę handlową, nazwy nie wymienię bo i znacie Państwo i nie będę reklamować jej za darmo. Wchodzę - bo szukam jeszcze jednej książki i oczom swoim zielonym nie wierzę... Zdumiona jestem szczerze. Oto książki można kupić na kilogramy. I to jak tanio. Za 30 kilogramów książek (100 sztuk) trzeba zapłacić tylko 38 zł. Czyli tyle, co za jedną nową książkę (średnio). O żeż... To kupowanie kota w worku jest (i to niejednego, Koleżanko i Kolego), a nawet schorowanego - bo książki na wagę to nie tylko beletrystyka oraz w różnym są stanie.

   Ale, kuzynko, zawracaj z tej handlowej ścieżki, bo przecież w dniu dzisiejszym;-) zajmiesz się pleonazmami... Czyli języka twego ukochanego, chwastami.

   Mój (nie)ulubiony pleonazm (za to ulubiony przez urzedników w całym kraju, od gminy po rząd) to dzień dzisiejszy;-). W dniu dzisiejszym wiele się zdarzyć może... Jak na mnie, nawet za dużo, mój Boże... Gdy słyszę ten dzień dzisiejszy;-), to cierpnie mi skóra... Od lat. Niby człek mógł się już przyzwyczaić do tego dnia dzisiejszego, ale nic z tego... Alergia. Nie pokarmowa, a na słowa;-)... A może i pokarmowa, skoro karmią mnie słowa? Najlepiej. Choć i zwykłą karmą nie gardzę, bo jestem z tej opcji, o żeż, co żyje po to aby jeść...

   Nie wiem, jak Państwo ale ja nie wracam z powrotem;-). Ale wracam. Kuzynka jak bumerang. Całe mnóstwo;-) (o żeż, czy pół mnóstwa to też dużo, mnóstwo jest?) czasu poświęcam codziennie na czytanie. I dobrze mi z tym... I z tym mi dobrze. Niemniej jednak;-), gdy ktoś mnie odwiedzi, to, che, che, jak dziecko cieszę się. Podobnie jest gdy otrzymam prezent za darmo;-). A geneza powstania;-) tekstu tego, to zabawa jest też, słowem, tem i owem. Godzinę czasu;-) zajęła mi dzisiaj lektura prasy. O matko, godzina czasu, tak jakby była jeszcze jakaś inna godzina. Choć unikam polityki w magazynie, gdzie leniwie (a nawet za leniwie) życie płynie - to ostatnio opisałam fakt autentyczny;-), który zobaczyłam naocznie;-) pod UW. A później jeszcze, choć miałam dreszcze, dorzuciłam do faktu tego prawdziwego;-) komentarz okolicznościowy... 

   Użyłam kilka pleonazmów w kilku zdaniach dla zilustrowania, wyczerniłam je i dodałam ikonę z oka przymrużeniem. Resztę tego towarzystwa słownego wymienię po kolei: cofać się wstecz (albo do tyłu), tylko i wyłącznie, pełen komplet, trwać nadal, efekt końcowy, sam jeden, kontynuować dalej, wzajemna współpraca, spadać w dół, w miesiącu maju etc., dalsze konsekwencje, akwen wodny, pierwszy debiut, import z zagranicy, dosłowny cytat, poprawię się na lepsze, adres zamieszkania, plus dodatkowo, ostatnie metry finiszowe, pierwszy prototyp, całkowita racja, nałogowy alkoholik, dwa bliźniaki, kopia oryginału, przedostatni od końca, eksport za granicę. No i jeszcze: całkowita racja, cały szereg... Czy pół całego szeregu, o żeż, to jeszcze szereg jest;-)? A i czas, ten, co "zmiecie to, co chciał zmieść" ma wyjątkowy fart do pleonazmów - bo jest nie tylko godzina czasu, ale tydzień czasu, miesiąc czasu, rok czasu, okres czasu itd., itp.

   Te pleonazmy to takie chwasty, które, Koleżanko i Kolego, zaśmiecają język każdego. Każdego, kurza twarz, z nas. I Wasza kuzynka widzi, kuzynka, jak się patrzy, że choć większości z tych pleonazmów jednak nie używa, to pierwsza kamieniem rzucać nie będzie.

   I całego cytatu dosłownego;-) tu, taka była, też nie zamieściła!


Podziel się

komentarze (58) | dodaj komentarz

Genialne krokiety czyli o tym, że skundlenie trwa oraz o komercyjnym wciskaniu głupoty...

środa, 28 września 2016 11:08

   Jesień idzie przez park. Idzie z buta, złoto-czerwono-brązowa .. I co przyniesie ta jesień? Wiosna podrzuciła mi tragiczną wiadomość o wypadku Przyjaciela. Lato odchodziło wraz z Nim... O żeż... Jakie to nieprzewidywalne jest. Albo bywa... Życie czyli recydywa... Pożegnań... Ale - trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe. Ergo idę i ergo sięgam... Nieco już doświadczeniami zmienionna donna. A co to jest doświadczenie? Suma naszych błędów, jak określił to ktoś, niegłupi gość. Błędów popełniłam w swoim krótkim życiu całkiem sporo, ale, że to moje błędy, najmojsze, przywiązana jestem do nich i zamierzam je powtarzać. I to kurza twarz, nie raz... Oczywiście nie wszystkie, a tylko niektóre. Bo taka głupia to ja nie jestem. Aż taka głupia to nie... Albowiem pożegnanie z błędami oznaczałoby koniec kuzynki. Koniec jej świata idealnego, idealistycznego. Tego, rzecz jasna - wewnętrznego. Bo jaki świat na zewnątrz jest - każdy widzi. No może nie każdy, bo większość niewiele z tego świata rozumie, skoro nie wybiera przyszłości...

   Oto przed kilkoma tygodniami dostałam mejla z allegro, zachęcającego do nabywania książki "Chu***a pani domu" Magdaleny K. Ta pani, jak czytam w naTemat, jest dziennikarką, a nawet już pisarką. Dzisiaj tak mówią nawet o autorach pojedynczych książek. Pisarzy, uch, mamy jak psów. Pieski wybaczcie. Teraz tę panią zacytuję: „(...) istotne tu jest uwolnienie się od poczucia, że skoro jestem kobietą i nie potrafię gotować, to widocznie coś jest ze mną nie tak. – Bo może i w kuchni daję ciała, ale za to jestem perfekcyjną matką/narzeczoną/kobietą – mówi. Ponad 250 tys. internautów jest takiego samego zdania."

   W kuchni daję ciała, jakie to ha, znaczenie podwójne ma - seksualne też, o żeż.

   A tu bęc...

   Pani ma swój blog, nazwany tak jak książka, tyle, że bez kropek. Pewnie wydawnictwo tak zadecydowało bo książki z wulgaryzmem wydać nie chciało. W tytule. Oczywiście przemawia przeze mnie czysta jak łza, albo jak wódka, zazdrość o liczbę fanów. Czuję, że żartuję, albowiem powiem, że moja niszowość jest z wyboru, a kto ze mną jest od dawna, che, che, i nie porzuca mnie, ten wie, że pisać umiem i tak, że tłumy wchodzą do magazynu i tak depczą, że mało nie rozdepczą...

   Autorkę „Ch....ej pani domu” znakomicie podsumował ktoś o nicku Nzambi. A, że wygodna jestem z natury, ergo sama jej nie podsumuję, a Nzambiego zacytuję, oszczędzając czas i kręgosłup:

Stereotypy rządzą tą panią. To, co pisze, to co mówi, co robi - totalnie się rozbiega, ale ludzie o mniejszych zdolnościach poznawczych tego nie zauważą. Zwrócą uwagę na wulgaryzmy i to ich podekscytuje. Mam piękną żonę. Nie maluje się, bo nie musi. Nigdy się nie mazała niczym po twarzy. Do 40 niedaleko, a czasami pytają o dowód w sklepie. To jest coś. Niech mi żadna utapirowana i wymazana farbami kobieta, która potrzebuje co rano zrobić z siebie klauna - nie pitoli, że łamie jakieś stereotypy. Żona pracuje, sprząta, gotuje. Ja także pracuję, także sprzątam i gotuję. W zależności od tego ile każde z nas ma czasu po pracy robimy wszystko, żebyśmy wspólnie mogli odpocząć, wyskoczyć na basen, wieczorem poczytać, żeby razem zjeść dobrą kolację, jeżeli nie jesteśmy w stanie obiadu...

Nie zajmuje nam to całych dni. Nie dopisujemy do tego jakiejś plebejskiej filozofii. Nie robimy z niej sposobu na życie.

Ten śmieszny "materialistyczny pseudo bunt kontrolowany", to nic innego niż komercyjne wciskanie głupoty, przez kogoś, kogo dzięki głupszym od siebie - stać na ukraińską sprzątaczkę.

Nas stać nawet na angielską (nie żyjemy w Polsce), ale ruch to zdrowie. Nikt nie umrze po 20stu minutach machania mopem i 20stu odkurzania 2 razy w tygodniu. Nie okłamujmy się.”

   Tu dorzucę kilka zdań, które wyjaśnią tytuł tego tekstu mego. Oto na stronie „GW”, czytam, że jak mi zostanie kawałek kurczaka z obiadu (bo nie jestem ch....ą panią domu i gotuję – k) to mogę zrobić genialne krokiety. Zawsze, pierwsza naiwna, a i druga też, o żeż, myślałam, że genialny może być tylko człowiek, jak na ten przykład nasz mentor marnotrawny Leo.

   A tu bęc...

   Genialne krokiety... Genialne krokiety, niestety, upichcone przez ch....ą panią domu. Syndrom czasów? Może tak, a może i nie... Bo przecież na zaścianku są i perfekcyjne panie domu...

   O żeż... I tak to jest... Z jednej strony -?śmiech szalony, z drugiej strony -  gorzkie łzy. Z jednej strony – perfekcyjna, z drugiej strony - ch.... a pani domu. A złoty środek gdzie, che, che? Gdzie? Bo ja bym się w tym środku może zmieściła?

   A masy, jak i dawniej bywało, zarabiają na sprzątaczki takich ch.....ych pań domu. Czytając komentarz Nzambiego z przyjemnością stwierdziłam, że może zatem jeszcze nie pora umierać? Skoro są jeszcze na tym padole łez albo w tej dolinie róż i już, faceci z klasą i poczuciem humoru...

   Tylko szkoda, że żonaci i wyeksportowani...


Podziel się

komentarze (83) | dodaj komentarz

Pożegnanie z Przyjacielem czyli o tym, że słowa nie oddadzą żalu po stracie kogoś pięknego

czwartek, 25 sierpnia 2016 13:49

   „ - Przypatrz mu się pan... - rzekł doktór wskazując na zwłoki. - Ostatni to romantyk!... Jak oni się wynoszą... Jak oni się wynoszą...
Szarpał wąsy i odwrócił się do okna.
Ochocki ujął zimną już rękę Rzeckiego i pochylił się, jakby chcąc mu coś szepnąć do ucha. Nagle w bocznej kieszeni zmarłego spostrzegł wysunięty do połowy list Węgiełka i machinalnie przeczytał nakreślone wielkimi literami wyrazy:
Non omnis moriar... „

   Nie bez powodu zacytowałam ten fragment „Lalki” pióra pozytywisty, Bolesława Prusa, fragment przypomniany kiedyś przez Cryo. Oto dla mnie i dla moich Najbliższych przyszła wczoraj smutna chwila pożegnania romantyka. Przyszła smutna chwila pożegnania Człowieka Wyjątkowego – romantyka i pozytywisty zarazem - przyzwoitego, prawego i dobrego. Człowieka o wielkim sercu i o wielkim geście. O takich ludziach mówi się – piękny człowiek. Proszę Państwa – moja rodzina miała szczęście spotkać w życiu Marka, Człowieka Pięknego i Wyjątkowego.

   Poznałam Go przed laty, w pewnej redakcji. On był tam redaktorem technicznym, ja stawiałam pierwsze kroki w zawodzie. Polubiliśmy się, a nasza koleżeńska, sympatyczna relacja z pracy zamieniła się w przyjaźń. Później został Ojcem Chrzestnym mojego drugiego dziecka. Bardzo się cieszył, że nim zostaje. Ale nawet mając już swoje potomstwo, nie zapominał o tych dzieciach, które pokochał wcześniej. I jak mógł, zastępował im ojca. Teraz tracą go po raz drugi!

   Jeszcze później rozpoczął własną działalność gospodarczą, w spółce, z której był dumny, bo dawała pracę tak wielu ludziom i w kraju i zagranicą. I wtedy nie miał już czasu na rozwijanie swojej pasji - fotografowania. W czasach naszej redakcyjnej pracy robił naprawdę znakomite zdjęcia. Te, które mamy w rodzinnych albumach to już teraz podwójna pamiątka.

   Podobno duże pieniądze zmieniają ludzi. Jego nie zmieniły, bo pozostał sobą – człowiekiem skromnym. Przy tym niebywale eleganckim i szarmanckim. Był i taki pozostanie w naszej pamięci - człowiekiem z klasą. To już w dzisiejszych czasach – cymelia...

   Jego rodzina i przyjaciele dobrze wiedzą o tym, ile pracy wkładał w firmę, jak dbał o to, aby ludzie mieli miejsca pracy. Nie raz dzielił się ze mną swoimi kłopotami. Wie o nich każdy, kto prowadzi własny biznes w naszej Ojczyźnie, którą kochać trzeba i sanować. Ale nawet pracując ponad siły (i o drugiej w nocy zaglądając do fabryki, bo był to zakład pracy w ruchu ciągłym) – nie zapominał o potrzebujących, prowadząc szeroką działalność charytatywną. Organizował aukcje w klubie biznesu by dochód z nich przekazywać na potrzeby dzieci. - Trzeba się dzielić – mówił!

   Dzielił się też w nietypowy sposób. Zapytałam Go kiedyś, czy wie, że niektórzy pracownicy okradają zakład, bo doszły mnie takie wieści. - Wiem - odparł. - Ale czy myślisz, że jak zatrudnię kolejnych, to będzie inaczej?  

   Już nigdy nie zadzwoni i nie powie: - Nie odzywałem się bo miałem doła. A ja nie odpowiem Mu, że jak się ma doła, to się dzwoni do przyjaciół. Po to są.

   Już nigdy nie wpadnie i nie usiądzie przy stole w kuchni i nie poprosi o kawę, pół kubka, choć my będziemy Go już widzieć zawsze... W tym miejscu. Na tym krześle! I zapłaczemy jeszcze nie raz...

   Rodzimy się, umieramy, a życia wciąż wystarcza, pisała Maria Dąbrowska. Życia wystarcza, to prawda, bo po nas przyjdą inni, a po nich jeszcze inni, ale na razie ci, którzy Go znali i zostali - muszą żyć - bez Niego. I nic już nie będzie takie, jak dawniej. Mamy cierń w sercu, w duszy. Ten cierń uwierać już będzie zawsze. I to nieprawda, że czas goi rany. A już na pewno nie takie, jak utrata Kogoś tak wyjątkowego!

   Wszyscy idziemy w tę samą stronę ale On odszedł zdecydowanie za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie... To nie jest wiek na umieranie. Przecież tyle jeszcze miał do zrobienia. Dla Najbliższych i dla firmy. Strasznie trudno pogodzić się z tą stratą, z Jego odejściem! Czy, zresztą, można?

   - Przypatrz mu się pan... - rzekł doktór wskazując na zwłoki. - Ostatni to romantyk!... Jak oni się wynoszą... Jak oni się wynoszą... Non omnis moriar!”

   Żegnaj Piękny Człowieku, żegnaj Przyjacielu!


Podziel się

komentarze (100) | dodaj komentarz

środa, 24 maja 2017

Licznik odwiedzin:  1 094 023