Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 335 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Świat według kuzynki. Czyli o tym, co w polskiej trawie piszczy. Oraz o wychodzeniu z zaściankowości. Jakże trudnym psze Gości...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1142303
Wpisy
  • liczba: 234
  • komentarze: 10244
Bloog istnieje od: 1949 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Finanse

Groby i uczeni* czyli o tym aby iść za ciosem i o tym, że praca nieszczęściem bywa...

poniedziałek, 16 października 2017 18:20

   "Kiedy byliśmy sierotami" – tytuł jednej z książek noblisty Kazuo Ishiguro nasunął mi dzisiaj pewną asocjację... O pardon, nie wszyscy byliśmy (czas przeszły niedoskonały** - od słowa być albo nie być - oto jest pytanie;-)) – moi rodzice nie opuścili jeszcze (na szczęście) tego padołu łez albo tej doliny róż i już, a nawet mają się całkiem nieźle. Co pozwala mi być ciągle jeszcze dzieckiem.

   A tu bęc...

   Moje geny jak widać, (kuzynka jak się patrzy), nie są najgorsze (a wyżej genów nie podskoczę i w tym przypadku nawet chyba mi by się to nie opłacało)... Tak czy siak, jeśli nie będę turlać się po tym łez padole tyle lat, co moi rodzice, to o co chodzi - trochę dłużej będę umarła. Że przypomnę zdanie Czecha ulubionego, Milenie Jesienskiej tak prawiącego...

    Ale, ale, sierotą można być mając oboje rodziców w dobrym zdrowiu. Wszak słowo sierota jeszcze,  ha, inne nieco znaczenie ma.  Tu znowu muszę wyznać miłość polszczyźnie, bo choć to trudna język, tyle różnych znaczeń jednego słowa ma... Podobną może się podobno pochwalić jeszcze chiński, (jak mi zeznał pewien tłumacz języka japońskiego) ale, że nie był to tłumacz przysięgły, nie wiem, czy można mu wierzyć;-)... Podobno w chińszczyźnie jedno słowo może mieć i sześć znaczeń. W naszym trudna język też zdarzają się słowa o kilku znaczeniach: baba, zamek, klucz, koty, mysz, pióro, wąż, korek... Ale ufff, nie słowa te kocham, a grę słów...

   Zresztą, co tu wymagać od ludności miast i wsi aby używała bogactwa języka naszego, gdy uch, ona malutki ma zasób słów. Mimo powszechnego obowiązku nauczania! To jest ubóstwo kroczące... Gdy tak patrzę hen za siebie, na te lata co minęły, to robi mi się smutno, że nasza polszczyzna, tak strasznie katowana, tak schodzi na psy... Sponiewierana. Pieski wybaczcie...

   A teraz, psze wycieczki, temat z innej beczki... I ścieżki, którą niebawem podążymy... 

   Nasz suweren bez przerwy obnaża, kurza twarz, swoją zatroskaną twarz. O cudze sprawy! Steki (mięsne też, ożeż) obelg wylały się na córkę aktora, znanego z "Czterdziestolatka". Oto suwerenowi nie podobało się, że grób aktora nie jest na bogato. A nawet na bardzo skromnie. Co kogo obchodzi, jak wygląda cudzy grób? Co to za wchodzenie z butami w czyjeś życie pozagrobowe? Ja na przykład nie trawię tych wszystkich "katakumb" z lastryko albo z chińskiego marmuru, które jak mury pną się do góry... Wolę skromne groby... Ale daleka jestem od tego aby właścicielowi wielkiej pieczary artykułować, że mi się ona nie podoba. Wolnoć Tomku we własnym (na wieczność) domku... No może nie do końca wieczność...

* "Bogowie, groby i uczeni" C.W Cerana, znakomita książka o tajemnicach archeologii (czytałam w kolebce, zanim urwałam łeb hydrze)...

** "Czas przeszły niedoskonały" tytuł kolejnej książki wspomnianego już kiedyś w magazynie  Juliana Fellowesa, autora cytowanego tu już zdania: "Ojciec dał mi wolną rękę. Powiedział: – Jeśli już spotkało cię to nieszczęście, że musisz pracować na swoje utrzymanie, to na litość niebios, rób chociaż coś ciekawego... "

   Mnie padre, sponsor jednych i drugich studiów, tego wprawdzie nie powiedział ale gdy wydrukowano mój reportaż o Polaku, który był w Waffen SS, w znanym piśmie literackim - zaprosił mnie na kawę do "Viktorii" i rzekł – idź za ciosem...

   Czy aby na pewno poszłam?


Podziel się

komentarze (62) | dodaj komentarz

Duszny kraj czyli o tym, że trzeba wierzyć w człowieka i o tym by nie dać się pokroić...

poniedziałek, 11 września 2017 17:05
   Pogłowie przyjaciół mi spadło. Jedni są zapracowani, zmęczeni biegiem w wyścigu szczurów, inni są mi coś winni. Jeszcze inni się poobrażali, jakby byli mali. I milczą jak Rejent Milczek a nawet tych rejentów cały magazyn;-). Albo inna wataha. Za przeproszeniem. Albo i nie... Bo homo homini lupus est! Jeszcze gorzej bywa w pewnej grupie zawodowej - medicus medici lupissimus est! Ale wszak nie ilość, a jakość. Droga przede mną daleka, a ludzi, z którymi mi po drodze jakby ciut mniej. Ale już nie mam potrzeby dorzucania do swojej galaktyki FABRYCZNIE nowych przyjaciół. Choć wyjątek zawsze zrobię. Z powodu wielkiego sentymentu do wyjątków;-)... W każdym kątku po wyjątku.

   Pogłowie przyjaciół mi spadło? Bzdura. Pogłowie prawdziwych przyjaciół nie spada nigdy. Poza jednym pewnikiem i wyjątkiem - śmiercią - przed rokiem straciłam przyjaciela!

   Wśród prawdziwych przyjaciół psy zająca zjadły. I jeszcze narzekały, że był twardy. Powtórzę zdanie, cytowane przedwczoraj w rozmowie z wielonickiem...   

   My czasami dobrych znajomych bierzemy za przyjaciół. A wystarczy byle mocniejszy życiowy zakręt i niejeden taki przyjaciel wypada na tory z pociągu relacji przyjaźń albo na inne pobocze. Kilka lat temu prowadziłam pewną korespondencję, przekonana, że rośnie mi Wania, kandydat do partii, o pardon, na przyjaciela. Padały przyjacielskie deklaracje z obu stron...  Postanowiłam powiedzieć "sprawdzam"... Jak Andrzej Wyszyński, ufam i sprawdzam. A, że w tym samym momencie przez przypadek, zwany losem znalazłam się w dołującej sytuacji życiowej, napisałam do kandydata na druha i brata mocno emocjonalny list. I co? I nic. Wsparcia potrzebowałam, dobrego słowa...

   A tu bęc.

   Cisza, milczenie... Sprawę losową rozwiązałam sama, bez wsparcia listowego, słownego, tak mi wtedy potrzebnego... Tak to już w życiu plecie się he, he, że jedni nam się sprawdzają, a inni nie. Czasem bywa tak, że ci, za których ręczymy, za których dalibyśmy się pokroić i to na cieniutkie plasterki okazują się funta kłaków niewarci. A raczej warci. Tylko funta kłaków! A ci, za których kiedyś pięciu groszy byśmy nie dali, porażają nas nagle wielkością swojego ducha. Żar przyjaźni dla nas z niego bucha…

   Tak to już jest na tym padole łez, albo w tej dolinie róż i już, że jak jesteś kimś, to przyjaciół masz wielu. A nawet bardzo wielu, bez liku. Co za licho to liko? Zaraz sprawdzę. Ale gdy spadasz ze stołka, zaczynasz robić za pachołka. Albo ciut wyżej pachołka. Tego, na jezdni.

   Bywałam kiedyś często w domu trzeciej - wtedy - osoby w państwie. Był to dom otwarty, przyjazny ludziom. Dzisiaj chyba nie ma już takich domów... Za wiele... Toteż drzwi się w nim nie zamykały. Wielkie, wysokie drzwi prawie 200-metrowego, przedwojennego mieszkania. Życie towarzyskie w tym domu kwitło jak krokusy na tatrzańskich halach wiosną. Gdy trzecia osoba w państwie zachorowała i odeszła ze stanowiska, odeszli i przyjaciele. Choć było ich tak wiele (u), to pozostała garstka, a raczej piąstka. I to bez małego palca. Gdy trzecia osoba w państwie pożegnała ten padół, wdowa, wielka dama, została prawie sama...

   My z Bożej łaski kuzynka i Strzelec, ognisty znak zodiaku (Łucznik przyjaciel całego świata. A i okolic też) na dzień dobry nadal stawiamy każdemu nowo poznanemu człowiekowi, jaki stanie na naszej ścieżce życia, obojętnie czy w sieci czy w realu, plusa, wielkiego jak K-2 razem z Mount Everestem. Plus Manaslu i Makalu jeszcze dołożone. Bo tak mam, że mimo wielu zdziwień (żeby nie nazwać ich rozczarowaniami) ciągle jeszcze wierzę w człowieka (choć niekoniecznie tej samej co ja nacji). I widzę go po swojemu. Po swojemu czyli dobrze. Do czasu. Bo czasami, a nawet bardzo często, okazuje się, że z wielkiego plusa robi się minus. I to minus ujemny, niestety.  

   Ale, że w nasze widzenie świata wpisane jest zdziwienie/rozczarowanie, ergo nie drzemy szat bośmy nie Rejtan, nie gorzkniejemy, bośmy nie gorczyca, ani inny piołun, a wstajemy, otrzepujemy się. I idziemy dalej. – Nie po drodze mi z Wami towarzyszu – mówimy otwartym tekstem. Choć po cichu. Albo, częściej, mówimy to sobie w duchu i wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje. Czyli podajemy tyły. Bo lepiej z prawdziwym przyjacielem zgubić, niż z oportunistą znaleźć. No i warto pamiętać o tym, że ludzie nie wybaczają dobrych uczynków. Może z nimi nie przesadzać?

  W życie każdego z nas wchodzi wielu ludzi. A nawet bardzo wielu. Ale tylko nieliczni z nich zasługują na to, by zostać w nim, jeśli nie do końca, to przynajmniej na dłużej... Tylko nieliczni zasługują na miano prawdziwych przyjaciół. Bo nie ilość, a jakość. Takoś.

   Teraz do tytułu aluzja mała... Jak mogłam przegapić, jak mogłam... "Duszny kraj" Filipa Łobodzińskiego, wiersze Dylana, Koleżanko i Kolego...

   Duszny kraj... Aj, waj...

 


Podziel się

komentarze (86) | dodaj komentarz

Motyle w brzuchu czyli o tym, co niegrzeczne oraz o świecie na czubku członka postawionym

niedziela, 20 sierpnia 2017 13:29

   Jakiś czas temu (nieodległy) przez nasze media przetoczyła się dyskusja na temat wypowiedzi Jerzego Owsiaka, dotyczącej seksu i jednej z posłanek. Przyglądałam się jej z zainteresowaniem (dyskusji, a nie posłance) albowiem powiem, że zadziwiają, mnie psze Gości, różne rodzaje ludzkiej wrażliwości...

    Nie ma dla mnie najmniejszej wątpliwości, że Jerzy Owsiak radząc posłance, żeby zajęła się seksem, przekroczył granicę przyzwoitości. Rymie, ty nie w Rzymie? Znowuś mnie opętał, choć jam grzeszna, a nie święta...

   "Prawdopodobnie Owsiak chciał ugodzić i ośmieszyć Krystynę Pawłowicz, która zaszła mu za skórę. Użył okropnego argumentu, ale najwidoczniej w Polsce panuje taki mental, że nawet ludzie formatu Owsiaka, kiedy już wyłączają myślenie, bo są wykończeni, lecą na tej fali. Większość Polaków właśnie tak myśli. Wystarczy zajrzeć do internetu, podstawa zdrowia kobiet to w******y seks, chłop i dzieci. Polska wersja niemieckiego Kinder, Kuche, Kirche.

Nie mam wątpliwości, że Jurek Owsiak to człowiek o wielkim sercu i dobrych intencjach. Nie chodzi też o posłankę Pawłowicz, która sama narzuca określony styl dyskusji. Problem w tym, że używając argumentu, jakim posłużył się Owsiak, wysyła się do kobiet komunikat: jak będziesz agresywna, kłótliwa i bezczelna, usłyszysz, że pomieszało ci się w głowie z nadmiaru niezaspokojonej chuci. Tak się mówi feministkom: jakby miała chłopa, to by przestała się ciskać.

Nie tylko feministkom. Wszystkim kobietom tak się mówi: potrzeba ci męża i dziecka, bo kobiety służą do seksu (wersja męska) i rozmnażania (wersja kościelna). Ale o czym świadczą te argumenty? Że świat facetów, którzy tak myślą, kończy się na czubku ich członka. Polacy są największymi mizoginami Europy. Nawet południowoamerykańska kultura macho w porównaniu z nami przypomina różowe baletki. Samoloty LOT-u powinny mieć wąsy pod dziobem. " To opinia Manueli Gretkowskiej, jaką wyartykułowała w rozmowie z Malwiną Wapińską-Piotrowicz, w O! Kultura nr 51, Onet. Absolutnie się z nią zgadzam.

   Tymczasem inna pani pisarka, Małgorzata Kalicińska, ta od "Domu nad rozlewiskiem", w którym to domu udało mi się kiedyś zagościć na krótko, bo tylko do 30 strony i to z wielkim bólem oraz poświęceniem (pani w bibliotece, gdy zwracałam to wybitne dzieło, westchnęła z ulgą, bo miała tak samo) zapytała na Fb znaną dziennikarkę, Elizę Michalik:
"GDZIE jest ten nietakt Jurka? "„Niech pani spróbuje jednej rzeczy – seksu. (…) Poczuje pani motyle w brzuchu, rozluźnione plecy, wiatr we włosach, a może przez to w głowie też się poukłada”

   Ożeż... Ona naprawdę nie widzi nietaktu w tej wypowiedzi!!!

   I brnie dalej, powołując się na Shreka i... Szekspira... "(...) I GDZIE jest cośkolwiek wulgarnego w tej wypowiedzi? Czym się różni "Niech pani spróbuje seksu" od "Niecha pani spróbuje jogi, czekolady, sportu, śpiewu"? (...) Przypomnę Shreka, a ściślej Osła :Niech mnie ktoś przytuli" i "Poskromienie złośnicy"
Seks, motyle, wiatr? Ależ BARDZO PROSZĘ! strasznie rozdęta sprawa..."

   Szekspir przewraca się w grobie, Shrek też by się obracał, gdyby tylko mógł, ale animacja rządzi się innym prawami, psze Pana i Pani... A duże litery pochodzą od pani pisarki.

   No, no, no, no i postawić seks w jednym rzędzie oraz zdaniu razem z jogą, czekoladą, sportem i śpiewem, wielka sztuka. Tylko z dostępem do tych "towarów" bywa różnie... Zwłaszcza dla osób, dla których seks wiąże się z miłością... A nie mechaniką;-)...

   Nie psze pani, sprawa nie jest rozdęta. Bo słowa pana Owsiaka padły w przestrzeni publicznej, przy ponad 200-tysięcznej młodzieżowej publiczności. Tu kanclerz Jan Zamoyski się kłania! Ergo publicznie też mają prawo być ocenione. I nie chodzi tu wcale o jakiś sąd nad Owsiakiem i radzenie mu, co ma zrobić. Zwłaszcza, że przeprosił, choć te przeprosiny wymógł na nim dziennikarz, którego był gościem. Popełnił gafę i tyle. Bo rada, jaką dał posłance, robiąc z siebie Wujka Dobrą Radę - aby uprawiała seks bo to dobrze robi na głowę - skierowana do każdego, bez względu na płeć, wiek, stanowisko czy funkcję, - zawsze jest i będzie nietaktem!!!

   Znam wiele osób, samotnych, które raczej nie uprawiają seksu, z różnych względów, a są pogodne, ciepłe i sympatyczne. I niesympatycznych seksohlików. To tak na marginesie..

   O tempora, o mores. Ergo chyba wysiądę z tego pociągu na przystanku - grubiaństwu mówimy stanowcze nie... Ale zanim wysiądę, to jeszcze powtórzę (może się komuś utrwali) - aluzje do czyjejś seksualności (bez względu na ich intencje) to gruby nietakt. Tak, to smutne, że oto dożyliśmy czasów, w których seks wprawdzie przestał być tematem tabu, ale stał się elementem oceny ludzkiej kondycji umysłowej.

   A swoją drogą jak ten Immanuel Kant doszedł do swego imperatywu kategorycznego, bez ach, takich rad ?

 

 

 


Podziel się

komentarze (50) | dodaj komentarz

Królowa lodu czyli o losie, co zaskakuje i o tym, że uroda świata polega na różnorodności

środa, 26 lipca 2017 16:36

     " Poszły konie po betonie i słonie po piasku. A polskie żubry (rano kawka, wieczorem
żubr) po trawie. W białowieskiej enklawie. Żubra wyprowadzam tu z Białowieży nie bez powodu,
a nawet z premedytacją skonfundowana tym, jak kiepskie buty reklamuje nasza
znakomita cyklistka. Jeśli jeszcze je nosi, to daleko nie zajdzie. Niż zaszła.
Znaczy zajechała." A kuzynka tak zaczynała.... 23 lipca 2012 roku na WP, pierwszy felieton w magazynie, gdzie leniwie życie płynie.

   A tu bęc...

   Bo dzisiaj żubrów z Puszczy Białowieskiej już bym nie wyprowadzała. A nawet nad ich losem i losem drzew zapłakała. O ile niektóre z żubrów rzeczywiście będą przeznaczone do odstrzału!

    Pięć lat minęło, jak sen jaki złoty. I to dwa dni temu. Zagapiłam się, o rety, niestety. Nie czciłam ani nawet nie odnotowywałam żadnej dotąd rocznicy, ale pięciolecie, wiecie, wypadałoby jakoś uczcić. Wybaczcie kuzynce, że tak nierozważna czasami, bez tchu... Ale wpadłam dzisiaj ponownie z niespodziewaną wizytą... Co czynię ostatnio rzadziej niż wprzódy bywało, albowiem zajęta jestem życiem towarzyskim, lekturowym oraz uczuciowym. A zwłaszcza uczuciowym... Wpadłam jak śliwka w kompot poziomkowy. Oto, w najmniej spodziewanym momencie drgnęło nagle i niespodziewanie zamrożone (już) po śmierci księcia oraz ostatnim związku, serce Gerdy, o pardon, kuzynki. A to za sprawą pewnego Kaja. I pewnie nie byłoby nic szczególnie szczególnego w tym fakcie, bo Amor czasami (bardzo czasami) trafia mocno swoją strzałą w ludność i cywilną i wojskową, gdyby nie pewne ale...

   A tu bęc...

   Bo rąbek prywatności już zasłonięty... Co to będzie, co to będzie... Wracamy do tego co było...

   Teraz Panowie i Panie, będzie małe podsumowanie... I podziękowanie...

   Bo po pięciu latach współmagazynowania, wypada podziękować tym, co byli tak mili, że magazyn zbędnych słów ze mną tworzyli... Piśmienni...

   Najpierw podziękuję najstarszym towarzyszom mej magazynowej doli – Evie70, Mamie Kluski i Cryo... Za ciekawe posty, za towarzystwo także i w poprzednim, starym magazynie (jeszcze żyje, jeszcze tam ludzie zaglądają i czytają, serce magazynu ciągle bije, serce czyli licznik)...

   Cryo – nie zapomnę Ci tej zupy pomidorowej... Najsmaczniejszej, jaką spożywałam w swoim krótkim życiu. Evuni – pięknie dziękuję za wszystkie posty, w tym ten, w którym napisała, jak to kiedyś na pewnej uczelni w Rosji, w Petersburgu, Polacy i Rosjanie z premedytacją gorzej zdawali egzaminy, aby dopuścić do studiów swoich żydowskich kolegów... Dlaczego świat nie idzie w tę stronę? Przecież jego uroda polega na różnorodności, psze Gości. Pewnie podaję to niedokładnie, bo forpoczty sklerozy robią swoje, ale to był jeden z postów, przy którym się mocno wzruszyłam. Tak było też przy innym, o samobójstwie pewnego artysty słowa. Wzruszałam się tu, w magazynie, kurza twarz, nie raz!!!

   Mamo Kluski, dziękuję Ci za wszystkie posty i listy, ale z Twoją babcią, gdyby żyła chyba polemizowałabym. A propos służby i obrażania. Nie tylko bowiem służba się obraża, bo i wśród niej są wspaniali, nie małostkowi ludzie... Jak w każdej grupie zawodowej... Nie zapomnij pozdrowić ode mnie Promenady Anglików;-)...

   Leo dziękuję za każde dotowarowanie magazynu, za lekcje łaciny i za korespondencję mejlową, zdecydowanie najciekawszą i najbardziej poetycką ze wszystkich, jakie prowadziłam w sieci... Gość z taką znajomością poezji to prawdziwa cymelia. Byłam w szoku. I tak mi zostało. Ileż roboty miał pewien szpak, zwinny tak... Z enzymem! Mam kilkaset listów od człowieka nieprzeciętnego, od humanisty, od geniusza, szkoda, że ha, czytywałam je tylko ja... Jakbyś pojawił się w magazynie, gdzie leniwie życie płynie i dał kiedyś pozwolenie, chętnie bym je opublikowała... Oczywiście z cenzurą;-), dotyczącą prywatności, psze Gości... Kłaniam się też drugiemu ego, Kolego;-)...

   Marynie dziękuję za ciekawe komentarze śliczne, socjologiczne... Nocnemu za szafę z autografami i posty od Pana niestarosty...

   Bon Mot za powiew młodzieńczości i świeżości w tym towarzystwie dinozaurów...

   Iwonie S. i Lwicy dziękuję za słowa, rzadkie, ale też cenne, bo utwierdzające główną magazynierkę w przekonaniu o sensie dorzucania towaru do magazynu zbędnych słów...

   Dziękuję też innym, których tu nie wymieniłam, m.in. Kuzynowi – czyli wszystkim tym, którzy tu bywali, odzywali się albo nie odzywali... 

   " Tu przypomnę stare powiedzenie: trzeba umieć wycofać się z
wdziękiem, kiedy czas już przychodzi na drzemkę. W danej chwili mam na myśli
reklamę pewnego do stawów smarowidła. Wygląda na to, że jego substancją czynną
jest szalej. Bo po posmarowaniu obolałej nogi Pani szaleje na parkiecie. Gdzieś
w mordobijskim powiecie. Oj, szalała, szalała, oby też kostki nie złamała!

   Wszystko ma swój czas. Mój na na bloog.pl właśnie zaczyna się kończyć..."

   Taka była puenta pierwszego felietonu sprzed pięciu lat...  Jak widać, końca nie widać;-)...

 


Podziel się

komentarze (44) | dodaj komentarz

Czerwone okulary czyli o królikach, wyciąganych z kapelusza i o tem, co przedtem i potem..

piątek, 23 czerwca 2017 18:06

   Prawie miesiąc szukałam dla siebie nowych okularów przeciwsłonecznych. Szukałam ich w sieci, szukałam w realu. I mówiłam sobie, wiecie: szukajcie - a znajdziecie. Dwa razy zamawiałam przez internet z odbiorem w salonie, zakładając, że to nie będzie kot kupiony w worku. W końcu okulary są do twarzy, a nie twarz do okularów... Do niedawna wydawało mi się, że dobrze mi w każdych. A to od czasu, gdy przed laty utopiłam w Morzu Śródziemnym na Costa Brava swoje duże okulary i pożyczyłam od Joanny Białek, dzisiaj Racewicz, lennonki. I wyglądałam w nich dobrze. A nawet bardzo dobrze. Czego nie da się powiedzieć o kapeluszach, bo dobrze mi tylko w dużych;-)... Dobrze mi tylko w kapeluszach, z których da się wyciągnąć królika. I to niejednego...

   Wracamy do okularów. Pierwsze z nimi zetknięcie miałam w dzieciństwie. A to za sprawą Lucyny Krzemienieckiej: "Przez cudowne okulary"...

   A tu bęc...

   Zleciało... Każdemu zleci...

   Oto wchodzę powoli (bardzo powoli) oraz dostojnie, (no może trochę dostojnie) w wiek, w którym okulary przeciwsłoneczne zaczynają stanowić jeden z atrybutów urody. Nie mówię, że najważniejszy. Ale niewątpliwie dodają tajemniczości. Nie mówiąc już o ochronie oczu przed promieniowaniem słonecznym. Przez lata traktowałam okulary przeciw jednej z planet jako sui generis przepaskę na włosy, albowiem nie lubię jak wchodzą mi na lica. A i nos jest uciskany... Wolny nos w wolnym kraju... Mieć nosa, ho, ho, to jest to...

   A tu bęc...

   Dzisiaj nie wyjdę gdy jest słońce - bez okularów. Zakręciłam się niedawno na ray bany, czyli okulary firmy Ray Ban i zmierzyłam ich dziesiątki. W końcu kupiłam Love Moschino z czerwonymi oprawkami. No, może nie do końca takimi czerwonymi, bo z przodu są jak robotnicza krew, a nausznice mają w kolorze czarnym. Gdy je założyłam na mój semicki (albo grecki) nosek - panie z salonu optycznego stwierdziły, że są jak dla mnie zaprojektowane. Poprosiłam jedną z nich aby zrobiła mi zdjęcie i wysłałam je pędzikiem do dyżurnego dziecięcia mego ulubionego, a nawet ukochanego... - Bierz – odpisało też pędzikiem. - Za tę cenę? Zapytałam raz jeszcze. - Bierz, odpisało – Wyglądasz super.

   Cóż było robić? Dzieci trzeba się słuchać. Wzięłam... Choć nie należę do kobiet, które chcą wyglądać super za wszelką cenę... Trochę wszelką... Bo inne były dwa razy droższe.

   Okulary w etui zamykamy, po kolejny wątek sięgamy... Bo króliki nie czekają i się rozbiegają... Rymie, ty nie w Rzymie? Znowuż mnie chcesz opętać, choć jam i grzeszna i święta..?

   Królika z kapelusza, i to Koleżanko i Kolego, sieciowego, wyciągnęłam kilka lat temu. I to niejednego... Przy czym, od razu zaznaczę, słowo królik jest tu umowne i żartobliwe... Bo tak naprawdę, to nie były króliki, a hi, hi, były to lwy... Oraz orły, sokoły, herosy...

   Nie jestem zalotnicą niebieską, choć lubię flirtować. A i mężczyźni żonaci nie leżą w zasięgu moich stacji. Ale, że żonaty to nie trędowaty... Na przyjaciela się nadaje. Przyjaciół nigdy za wielu! 

   A tu bęc...

   Nadaje albo i nie, che, che... Korespondowałam tylko z osobami, dzięki którym mogłam się rozwijać... Jak to mówią, na poziomie. A nawet z intelektualistami, psze Pana i Pani. Oraz z pewnym celnikiem, choć nie był to, ho, ho Celnik Rousseau. I jestem bardzo im za te wszystkie mejle wdzięczna. Szkoła życia. Jakże zabawna i ciekawa była ta korespondencja. A jaka obfita! Aż szkoda, że tkwi w moich skrzynkach mejlowych zamiast służyć ludzkości.

   ”Teraz, gdym się zestarzał, umysł mam /otwarty / przejrzałem, zrozumiałem i wiem już / niezbicie / Że przez to, iż tak późno zacząłem grać / w karty / bezpowrotnie i głupio zmarnowałem życie.” To Jan Brzechwa...

   Inteligencja i wiedza, niestety, nie zawsze idą w parze w klasą. Tak, jak wiek nie zawsze idzie w parze z mądrością, bo czasami idzie sam... Kiedyś moja młodsza koleżanka dziennikarka powiedziała, że chyba za dużo w tych czasach wymagam od ludzi. Klasy? Zdziwiła się, z klasą od dawna jest źle. Co się stało z naszą klasą? I nie cytuję tutaj Jacka Kaczmarskiego...

   Pora umierać... Ale jeszcze chwilę poczekam... I tak mi dopomóż Bóg! Czuję, że Jana Brzechwę jeszcze raz zacytuję:

   „Umierać trzeba z taktem. A więc dajmy / na to / Nie wtedy kiedy właśnie zaczyna się / lato / Pomyślcie: każdy człowiek o wakacjach marzy w Górach / czy na Mazurach / na słonecznej plaży i nagle ja umieram. Jest mój pogrzeb. / Jak tu / Nie nazwać takiej śmierci wprost szczytem nietaktu…       


Podziel się

komentarze (49) | dodaj komentarz

Kołyska nad Sekwaną czyli o tym, kim kuzynka by była gdyby rodaczką nie była i o miłości

sobota, 20 maja 2017 8:32

    "Z narodowości jestem Francuzką... Jakby się kto pytał;-)... W mym magazynie leniwie życie płynie, zwłaszcza z rana, ergo kolejny test rozwiązałam, jakiej narodowości jestem... Vive la France... Choć chyba bliżej mi do GeBe, che, che..." Tak pisałam dokładnie dwa lata temu, 20 maja 2015 roku. A dzisiaj test ów kopiuję i aktualizuję... Choć nawet aktualizować go za bardzo nie trzeba bo aktualny...
   "Wino, śpiew i kultura - to Twoje żywioły. Uwielbiasz smakować przyjemności życia, a jest ich tak wiele. Któż miałby o tym wiedzieć lepiej niż Ty. Masz swój styl, lubisz elegancję z lekką nutką dekadencji. Długie rozmowy o filozofii, literaturze, sztuce, także tej codziennego życia - na tym upływa Ci czas spędzany z szerokim gronem znajomych, dobieranych bardzo starannie. Ostatecznie, trzeba wiedzieć, czego w życiu się chce, a czego nie, n'est-ce pas? " To Francja w kuzynce według testu. Nieco tylko modyfikuję tekst napisany dokładnie dwa lata temu albowiem Wam powiem, że nadal jest aktualny!... Choć tak naprawdę jestem Europejką, kochającą wiele krajów, ze wskazaniem na Szwecję... I oczywiście, Ojczyznę moją, którą kochać trzeba i sanować...   
   Czy nie miał racji Konstanty Ildefons Gie? Mówiąc, że gdyby wiedział to gdzie indziej by się urodził... Gdybym ja to wiedziała, to ma kołyska nad Sekwaną by stała? Z Macronami może bym się spotykała? Pełna podziwu, psze Gości, dla ich miłości! Tak trzymać. To o takich jak oni pisał kiedyś Albert Camus... To zdarza się kilka razy na wiek, ech... Tylko pozazdrościć... Ale, że zazdrość nie przystoi kuzynce, miast zazdrościć - życzę tej parze wszystkiego najlepszego. Z podziwem i świadomością, że prawdopodobnie gdyby nie Brigitte, Emmanuel nie byłby chyba w tym miejscu, w którym jest. Od dawna wiem, że właściwa kobieta u boku mężczyzny to nie tylko miłość, to także wsparcie, oparcie i przyjaźń! I wiek tu nie ma żadnego znaczenia. Amor nie patrzy na metrykę. A ci, którzy kubły sfermentowanej cieczy na Macronów wylewają sobie świadectwo wystawiają. To ludzie z kompleksami, psze Pana i Pani. W dodatku nieszczęśliwi...  

   Nawet niektórzy dziennikarze pokazują psze Gości, swe małości. Ale dlaczego nie mieliby ich okazywać, skoro zawód ten spauperyzował się? Oto niejaki Mariusz Max K., z wdziękiem stada słoni w składzie porcelany nazwał Brigitte mamą Emmanuela, dowcipny jak cholera. O pardon... A swoją drogą, ile na świecie związków równolatków: nietrafionych, pomylonych, w których ludzie sobie dogryzają i wzajemnie życie zatruwają... I ile z nich kończy się rozwodem...

   "PS> Choć czuję, że rymuję, ale nie dbam o to, a co to... A raczej dbam aby me słowa znakomicie tętniły życiem. Tym życiem, "które jest formą istnienia białka, i tylko w kominie coś czasem załka". Któż mógłby wiedzieć lepiej niż ja o przyjemnościach życia? Jest taki tu, ja Go znam. Kto to jest nie powiem Wam;-)... Dekadencja i schyłkowość, ho, ho to jest to. A nie coca cola... Ale nie na co dzień;-)... I nie w nadmiarze... No i powiem Wam, że swój styl mam...

   Tylko grono znajomych jakby mniej szerokie, jak sięgnąć okiem... W magazynie, gdzie leniwie życie płynie... Ale przecież powiecie, że to nie ilość, a jakość liczy się, che, che... Od dawna to wiem... Donna doświadczonna;-)...

   Dbajcie o siebie i o innych, bo między nami na ulicy pojedynczo i grupkami włóczą się okularnicy z wypryskami..." To ach, nie są słowa sprzed dwu lat! 

   Vive l'amour! Niekoniecznie hi, hi, do innej płci... 


Podziel się

komentarze (74) | dodaj komentarz

Trzy złote gwiazdki czyli o tym, jak z igły zrobić widły oraz o ptaszkach i armatach...

sobota, 29 kwietnia 2017 17:16

    

   W wolnej chwili (takie chwile przybywajcie) wpadam czasami do netu by zobaczyć co w wirtualnej trawie piszczy...

   A tu bęc...

   Opary absurdu coraz gęstsze.

   Któregoś dnia obejrzałam nową ofertę firmy Reserved. To jeden z moich krawców. Ma niezłe pomysły, zawsze znajdę u nich (no może prawie zawsze) coś dla siebie. I to coś, w co się jeszcze mieszczę;-)... Wybrałam kurtkę w stylu wojskowym, z naszywkami. I zupełnie mi nie przeszkadza, że nie będę robiła za generała, a za porucznika, co za podporucznikiem pomyka;-)... Bo hi, hi, na kurtce gwiazdki tylko trzy. I to nie tam, gdzie noszą je wojskowi. Tylko trzy - ale za to jakie duże... Tu przypomnę, że ja nie z tych, co za mundurem sznurem...

   A tu bęc...

"Marka Reserved stworzyła koszulę przypominającą mundur nazistowskiej młodzieżówki Hitler-Jugend – stwierdził jakiś czas temu Mariusz Szczygieł, uważając, że to znak "brunatnienia naszych czasów”.
" - Spójrzmy na tę koszulę. Przecież to "plagiat" zupełnie czegoś innego. Ewidentne nawiązanie do koszul Hitler-Jugend. Koszule, które wyglądają jak odpowiedź na brunatnienie naszych czasów. To właśnie powinno być uznane za skandaliczne. I tu pojawia się problem, bo jestem przekonany na tysiąc procent, że większość młodych projektantów, masterów od sprzedaży i reklamy w Polsce i na świecie nie ma pojęcia, co to znaczy "brunatnienie" czy "brunatny" w polityczno-historycznym znaczeniu. Złośliwi pisali o Reserved jako o królu plagiatu. Może należałoby pisać o führerze plagiatu?" – pyta reporter (podaję za portalem o2.pl).

   O żeż, a to armatę Szczygieł wytoczył. Choć nie na wróbla, bo LPP i Reserved, matka i córka, to nasza, rodzima odzieżowa potęga, niedawno nawet otworzyła sklep przy głównej ulicy. W Londynie, przy Oxford Street...

   Mariusz Szczygieł uważa, że we współczesnym świecie symbole wojny, cierpienia milionów ludzi i okrutnego barbarzyństwa nie mają już takiej siły, jak kiedyś. Stały się – jak to określa – dekoracją.
- Oto mamy przykład z życia i mody. Wojna jako ozdoba mówi. I o ile mogłabym się z nim zgodzić, bo tak pewnie jest i czasy rzeczywiście nam brunatnieją, a symbole powszechnieją, ale, ale... nie mieszajmy do tego mody inspirowanej mundurami wojskowymi. Natomiast wmieszajmy noszenie tzw. patriotycznej odzieży, bo to przecież ścieżka do nacjonalizmu! O żeż. Mariuszu Szczygle, czy Ty czasem nie przesadzasz z tą koszulą z Reserved? Z igły robisz widły. I to z bardzo małej igły takie wielkie, wielkie widły!

   A tu bęc...

   Bo przesadzając, ha, reporter wielką siłę rażenia ma! Oto niedługo po wpisie Mariusza Szczygła, na Facebooku powstała grupa, wzywająca do bojkotu marki Reserved. Oskarżyła firmę o zaprojektowanie i uszycie ubranka dla rodzimych nacjonalistów... A  ta szybko wycofała koszulę ze sprzedaży. Moim zdaniem za szybko i jak za szybko - tak bez sensu. Poddano się bez walki. Koszulę widziałam i ani przez chwilę nie skojarzyła mi się z „anielskim”  chłopcem w mundurze Hitlerjugend z "Kabaretu", uroczo intonującym romantyczną pieśń „Przyszłość należy do mnie” (w filmie "Tomorrow Belongs To Me")... Ani z jego kolegami. Jeśli już, to z koszulami żołnierzy hamerykańskich z US Army. No i czy każda beżowa koszula musi się zaraz kojarzyć z brunatną i nazistowską? Nawet jak pokazujący ją model jest łysy? Ludzie, nie dajmy się zwariować! Nawet jeśli taką asocjację mamy, to nie przesadzajmy z przypisywaniem innym intencji, których nie mają... I nie wołajmy: Larum grają!
    Wojskowe motywy to bardzo silny dzisiaj trend w modzie. Ja nie widzę w nim nic złego. Ten trend pojawiał się w modzie już wiele razy za mego życia krótkiego. I wcześniej nie wzbudzał tylu emocji. A nawet wcale ich nie wzbudzał!...Co to znaczy podatny grunt... 

   A mnie ta moda się podoba. Takie np. marynarki ze złoconymi naszywkami jak za Franciszka Józefa. Naprawdę niektóre mundury z różnych epok i stron świata są ładne. I nie widzę nic złego w wykorzystywaniu ich elementów w modzie. No i jeśli miałabym mundury wojskowe oglądać - to tylko w modzie (w elementach) albo na paradach... Co innego jednak, że się powtórzę, wojskowe motywy z mundurów różnych armii świata, pomijając oczywiście, nazistowskie, a co innego symbole patriotyczne, takie jak Znak Polski Walczącej - powstańcza kotwica. Noszenie jej nadruku na dresach czy innych koszulkach uważam za nadużycie. A nawet profanację! Takiego trendu nie pochwalam. Zresztą nie występuje on w projektach liczącej się mody z najwyższej, wyższej i średniej półki, ani haute couture, ani pret - a - porter. Nawet współcześnie u Hugo Bossa. Ale oskarżając Reserved o inspiracje nazizmem popadamy z jednej skrajności w drugą. 


Podziel się

komentarze (30) | dodaj komentarz

Złoty róg czyli o tym, że dobrymi radami piekło jest wybrukowane, a o rozpaczy dnie nie...

wtorek, 21 marca 2017 15:05

   "My możemy być w kłopocie ale na rozpaczy dnie, jeszcze nie, długo nie". Ja byłam w kłopocie gdy autor tych słów zrobił mi długi wykład na temat tego, czym powinnam się zajmować jako dziennikarka... A miało to miejsce przed laty, gdy zadzwoniłam do niego, dając mu szansę odgryzienia się Jerzemu Urbanowi. Urban bowiem napisał w swoim "Alfabecie Urbana" niezbyt ładne o Młynarskim zdania... Nie będę ich tu przytaczać z oczywistego powodu. Nie pogniewałam się jednak na Wojciecha Młynarskiego, kładąc te niezbyt miłe rady na karb jego choroby... Trafiłam po prostu w niedobrym momencie. A ponadto oraz oczywiście nie skorzystałam z rad, jakich Pan Wojciech był uprzejmy mi udzielić... Pewnie dlatego, że nikt jeszcze z cudzych rad nie skorzystał!!! Nie tylko w tym zawodzie;-)... A zadzwoniłam do niego, albowiem uważałam, że Jerzy Urban nie miał racji, pisząc niesympatycznie o twórczości Młynarskiego... W tych smutnych dniach wrzucam malutką łyżeczkę dziegciu do miodu. Aby obraz znakomitego poety nie był przesłodzony, ani tym bardziej zbrązowiony...

   Znacznie milej potraktowała mnie za to Adrianna Godlewska, pierwsza żona Wojciecha Młynarskiego, (i matka jego dzieci), gdy gościłam w ich domu na Górnym Mokotowie, przygotowując sylwetkę, nieżyjącego już dzisiaj polityka, brata Pani Adrianny, Marcina Przybyłowicza...   

   Dzisiaj (to dzisiaj oczywiście jest umowne)  ze smutkiem przyjmuję wiadomość o śmierci mego doradcy, absolutnie przekonana, że nie był On żadnym dobrym tekściarzem, a był znakomitym poetą. Kto się jeszcze o tym nie przekonał, znając jedynie niektóre piosenki Wojciecha Młynarskiego, a zwłaszcza te śpiewane przez niego, niech może sięgnie po ostatnio wydane "Od oddechu do oddechu"... Śpij spokojnie P. Wojciechu...  

   My możemy być w kłopocie ale na rozpaczy dnie jeszcze nie, długo nie...

   A i owszem, kłopot mam, bo jestem donna nieco tu osamotnionna... Ale, że mój drogi Hipolicie, znam życie wyśmienicie, ergo wiem, że taka kolej rzeczy jest... Albo bywa, jak recydywa. Jak w starym małżeństwie, gdzie najpierw jest zachłyśnięcie, a na końcu zobojętnienie, znaczy przyzwyczajenie. Oczywiście w przeciętnym małżeństwie, bo nie w takim, gdzie prawdziwa miłość jest, o żeż... Ale to, jak pisał (a ja mu wierzę) Albert Camus, zdarza się dwa, może trzy razy na stulecie...

   Jakie to nasze, polskie... Ileż razy czytywałam w biografiach, że całe życie się przyjaźnili, a poróżniło ich, Panowie, i Panie, jakieś jedno głupie zdanie...   

   Zaglądam na blog Toma, nieczynne. Zaglądam na blog Barnaby, czynne ale ruchu na nim jeszcze mniej niż w magazynie, gdzie leniwie życie płynie... Nikt nie komentuje!  I tak blogi umierają wisząc... O żeż... Jak to brzmi, hi, hi... W domu powieszonego nie mówi się o sznurze... Ergo nie będę tu Stanisława Wyspiańskiego cytowała, o tym gościu, co miał róg, i to złoty, a został mu się, je-no, no nie będę,  i już...

   A tu bęc...

   Blogi umierają wisząc, a chamstwo rozkwita w najlepsze. I choć zetknęłam się z nim niedawno oko w oko, i to niejedno oko, wątku nie pociągnę, bo nie pora i miejsce... W tym memuarze...

   Pierwszy raz piszę od razu na blogu, pierwszy raz w życiu piszę, nie mając tytułu. Bo zawsze go mam najpierw... Krótko mówiąc zawsze zaczynam od tytułu... Tytułem tematu tekstu każdego, Koleżanko i Kolego...

   A tu bęc...

   Czyli jednak można byle z ostrożna. Inaczej, od końca prawie;-)... Bo co napiszę kilka zdań, to kopiuję, by nie posłać słów, daleko, ufff, bo w kosmos...

   Nauczyłam się tu wiele i jeszcze większego nabrałam dystansu do wszystkiego... I dalej będę szła tą drogą, bo jeszcze, che, che, nie jestem na rozpaczy dnie, nie, jeszcze długo nie...

   Czego i Państwu życzę...


Podziel się

komentarze (54) | dodaj komentarz

Kwiaty polskie czyli o tym, że mleko bywa czasem czarne oraz o nieznośnej lekkości bytu...

niedziela, 26 lutego 2017 11:07

Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
Wiązane były wzwyż i stromo.
W barwach podobne do ołtarza,
Kształt serca miały lub wachlarza
Albo palety. Z niej to, kwietnej,
Kolory brał bohomaz świetny,
Rafael Rawy i Studzianny,
Kiedy ku czci Najświętszej Panny
Malował uczuć swoich kwiaty
W tonacji bladej, choć pstrokatej.

   Tu miał być tekst, poświęcony nie poezji (tej mamy relatywnie sporo w magazynie, gdzie leniwie życie płynie) - a cwaniactwu. Ale chyba go nie będzie... Przynajmniej na razie... Chwilowa przerwa w dostawie prądu... Powód ważny szalenie. Ale - i wbrew pozorom - to nie wypalenie... Powiedzmy, Gantenbein;-)...

   Dbajcie o siebie i o innych... I czytajcie, czytajcie, czytajcie... Z książek płynie odwaga, książka w życiu pomaga. A wspaniałych powieści wychodzi w dzisiejszych absurdalnych i prostackich czasach, naprawdę tak dużo, jak chyba nigdy wcześniej. Jakby na przekór temu, co się na świecie dzieje (bo świat głupieje)... Wprawdzie trzeba je wyławiać z tony produktów książkopodobnych - ale od czego czytelnicze wyrobienie znaczy czytelniczy gust. I już... Oraz inteligencja...


Podziel się

komentarze (43) | dodaj komentarz

Sztuka szczytowania czyli o tym, że to elity pchają świat do przodu i o rąbku prywatności

wtorek, 31 stycznia 2017 15:19

   Bo ludzie są jak gospody, w których się można roztrwonić, za postój krótko przydrożny dać szczerość, co złotem dzwoni... Jakie to mądre słowa... I chyba był taki czas, kurza twarz, że kuzynka się trochę roztrwoniła... Cdn...  Albo nie, bez che, che... Albo nie... Miałam poszukać wycinka mojego tekstu o Michalinie Wisłockiej... I napisać na jego motywach kolejny felieton w magazynie. Nie wstyd się przyznać, że to właśnie ja, kuzynka, kiedyś MUK-iem zwana (czyli Moją Ulubioną Kuzynką) bodaj pierwsza w Najjaśniejszej uchyliłam rąbka prywatności (rąbka, bo niektóre sprawy zachowałam dla siebie) Michaliny Wisłockiej.

   A tu bęc...

   Bo nie mam teraz czasu (ochoty też) szukać tego tekstu w ogromnym archiwum, powróciwszy w dawne klimaty życia towarzyskiego i uczuciowego, (no może bardziej uczuciowego jednak), ergo wyciągam z mojego słownika wyraz - przepraszam. Słowo dawno nie używane, bo przepraszać nie miałam za co. Natomiast mam zdecydowany deficyt tych słów... Nie słyszę ich, choć powinnam. Ale nie będę się skarżyć na swój ciężki los człowieka, przez życie wirtualne kopanego...

   Wracając do Michaliny Wisłockiej. Doskonale pamiętam moją wizytę w jej niedużym mieszkaniu na parterze domu nieopodal pomnika Jana Kilińskiego... I pamiętam, jak zapytałam ją po godzinie rozmowy, czy ma może zamiar poczęstować mnie kawą albo herbatą, czy tego nie planuje - bo ja na dzień dobry hydraulikowi to proponuję... Pani Michalina żwawo rzuciła się po herbatę, przepraszając, że tak długo pozwoliła mi się zasuszać;-)... Tytułem rekompensaty dorzuciła kawałek ciasta. Wydobyłam też z niej  - metodą odkrywkową - powód, dla którego nosi chustkę, nie rozstając się z nią ani na chwilę... Wybaczcie kuzynce, że nie będzie kontynuować tematu sztuki szczytowania, może jeszcze kiedyś do niego powrócę... Nie chce mi się w czasach kolejnego Greya wchodzącego do kina ze swoimi sprawami ciemnymi - wpadać do sypialni w magazynie, gdzie leniwie życie płynie. Ale nawet ten łóżkowy temat jest wodą na mój młyn, że to elity pchają świat do przodu, ten świat, który niedawno stanął na głowie... Elity pchają świat do przodu. Nawet w ars amandi... Ale jak go dalej pchać, skoro stanął na głowie?

    I na razie nic, ale to nic, nie wskazuje na to, że nogi wrócą na swoją pozycję... Sorry, za słowo pozycja;-)... A nie opozycja;-(. Aby na to i na opozycję nie patrzeć zatapiam się w innym świecie, m.in. w epoce Bruno Schulza i kobiet z jego kręgu oraz w "Zimowym królestwie" Philipa Larkina... Proza tego poety ukazała się w Najjaśniejszej po 70 latach od swego brytyjskiego wydania. Czyli szybko;-). A to dzięki znakomitemu tłumaczeniu Jacka Dehnela, przed którego wiedzą i talentem chylę czoła... Jacek Dehnel jest nie tylko świetnym pisarzem i zapalonym kolekcjonerem starych zdjęć i pamiątek ale i znakomitym tłumaczem i poezji i prozy. Wiersze Philipa Larkina w jego przekładzie wydano u nas w 2008 r. Pisarzy (w danej chwili mam na myśli panów) mamy w Najjaśniejszej świetnych... A ten, kto kiedyś wieszczył koniec wielkiej narracji niech się pali ze wstydu. No chyba, że uczynił to już dawno... 

   A wracając do książki "Kobiety i Schulz" - Anna Kaszuba-Dębska dała drugie życie kilkunastu niezwykłym kobietom, m.in. Deborze Vogel, Racheli Auerbach i Racheli Korn, Kazimierze Rychterównie, Eggy van Haardt, Jeanette Suchestow i wielu innym... Te dziewczyny z kręgu Bruno Schulza odcisnęły piętno na życiu intelektualnym tamtych czasów.  

   A te czasy odciskają swe piętno na nas...

   Nocny, ja Cię proszę, nie dajmy się im wypalić!!!


Podziel się

komentarze (52) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  1 142 303